środa, 15 listopada 2017

O. Pio na dzisiejszy dzień

15 listopad

Zalecam Ci gorąco cnotę świętej prostoty;patrz na to, co jest bezpośrednio przed Tobą,a nie miej wzroku skierowanego na niebezpieczeństwa, które widzisz
z oddali. Wydaje Ci się, że te
niebezpieczeństwa są wojskiem,
a to są tylko rozczochrane wierzby;
kiedy masz wzrok w nich utkwiony,
możesz narazić się na jakieś
niebezpieczeństwo
w czasie drogi.
(LJM 29)


środa, 1 listopada 2017

O. Pio na 1 listopad

Oby Pan raczył położyć kres tak
wielkiemu opuszczeniu i tak wielkiej nędzy!
Oby raz na zawsze skończyło się
królestwo szatana, a wszędzie i zawsze
triumfowała sprawiedliwość - świętość.
(LCR 29)

wtorek, 30 maja 2017

Przedziwna sytuacja!

Aktualnie w TV TRWAM jest program o wydarzeniach Zielonogórskich - 30 Maja 1960 roku, gdy komunistyczne władze walczyły z Wiarą i Kościołem. Kilka dni temu w tejże TV był film o kapłanie, który w 1955 roku chciał odprawić katolicką Mszę św. i dzięki kawałkowi chleba i patenie zrobionej z garnuszka udało mu się odprawić katolicką Mszę św. w której rzeczywiście obecny jest Pan Jezus.
W czasie przed SW II władze państwowe prześladowały katolickich kapłanów i wiernych, natomiast dzisiaj władze państwowe nie mają nic przeciw katolikom wiernym Tradycji i katolickiej Mszy św. natomiast władzami prześladującymi katolików Tradycji i kapłanów odprawiających katolicką Mszę św. są władze posoborowego "Kościoła".
Przedziwna sytuacja! Udało się diabłu, który opanował wszystko:
"Cała ziemia w podziwie spogląda na bestię" (Apok. 13, 3)
Jeżeli ktoś liczy na zbawienie w posoborowym "Kościele" kłamców i fałszywych nauczycieli, niech się nie łudzi, bo zamiast do Nieba trafi do Domu Ojca jak elegancko nazywa się piekło, żeby ludzi nie straszyć.

piątek, 24 marca 2017

Rzym 1957 - początek Unii Europejskiej - koniec Kościoła wg Malachi Martina

Prolog historyczny
Zwiastuny końca
1957
Mężowie stanu szkoleni w surowych czasach i w warunkach bezwzględnej międzynarodowej rywalizacji finansowej i gospodarczej nie są podatni na uleganie złym czy dobrym znakom. A jednak czekające ich dzisiaj przedsięwzięcie było tak obiecujące, że sześciu ministrów spraw zagranicznych zgromadzonych w Rzymie owego 25 marca 1957 r. czuło namacalnie, iż wszystko dokoła - całe to miasto z jego niewzruszonym centralizmem pierwszego miasta Europy, rześki wiaterek,  czyste niebo, pogodny nastrój tego szczególnego dnia - tchnie błogosławieństwem pod adresem tych, którzy kładą podwaliny pod nowy gmach narodów.
Tych sześciu mężczyzn i ich rządy, partnerów w tworzeniu nowej Europy, która zmiecie ze sceny wojowniczy nacjonalizm, tylekroć dzielący starożytny obszar, ożywiała ta sama wiara. Oto otwierają przed swymi krajami szerokie horyzonty ekonomiczne i wyższe cele polityczne, o jakich nikt do tej pory nawet nie marzył: zebrali się tu, by podpisać Traktat Rzymski. Zamierzali powołać do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą.
W ich stolicach  ludzie mieli w pamięci tylko śmierć i zniszczenie. Zaledwie rok temu Sowieci potwierdzili swój ekspansjonizm, topiąc we krwi powstanie na Węgrzech. Każdego dnia sowieckie oddziały pancerne mogły runąć na Europę. Nikt się nie łudził, że USA z ich planem Marshalla wezmą na siebie na stałe ciężar budowania nowej Europy. Żaden rząd europejski nie chciał znaleźć się w żelaznym uścisku USA i ZSRR, których rywalizacja mogła się tylko pogłębić w nadchodzących dziesięcioleciach.
Jakby wdrażając się do zgodnego działania, ministrowie jeden po drugim podpisali się pod dokumentem jako twórcy EWG. Trzech reprezentantów narodów Beneluksu zrobiło to dlatego, że Belgia, Holandia i Luksemburg, kluczowe kraje nowej wspólnoty, wypróbowały już i uznały za słuszną, w każdym razie za dostatecznie słuszną, ideę nowej Europy. Minister reprezentujący Francję podpisał dokument w imieniu  kraju, który miał stać się  bijącym sercem nowej Europy, tak jak był zawsze sercem starej. Włoch - dlatego, że kraj ten był żywą duszą Europy. Niemiec Zachodnich dlatego, że świat wreszcie przestanie patrzeć z ukosa na ten kraj.
Tak tedy narodziła się Wspólnota Europejska. Były toasty na cześć geopolitycznych wizjonerów, dzięki którym ten dzień mógł się ziścić: Roberta Schumana i Jeana Monneta z Francji, Konrada Adenauera z Niemiec, Paula-Henriego Spaaka z Belgii. I wszyscy składali sobie gratulacje. Niedługo Dania, Irlandia i Anglia dostrzegą mądrość nowego przedsięwzięcia, a po nich - przy odrobinie ciepłej pomocy - przyłączą się Grecja, Portugalia i Hiszpania. Oczywiście pozostawał problem utrzymania Sowietów w ryzach. No i kwestia znalezienia nowego środka ciężkości. Lecz jedno nie ulegało wątpliwości: jeśli Europa miała przeżyć, EWG musiała stać się jej kołem napędowym.

A kiedy już odfajkowano podpisy, pieczęcie i toasty, przyszła pora na specyficznie rzymski ceremoniał i przywilej polityków: audiencję u ponad osiemdziesięcioletniego papieża w Pałacu Apostolskim na Wzgórzu Watykańskim.

Siedząc na tradycyjnym tronie papieskim, otoczony całą ceremonialną pompą, Jego Świątobliwość Pius XII przyjął sześciu ministrów i osoby towarzyszące z uśmiechem na twarzy. Powitanie było serdeczne, a wypowiedzi papieża krótkie. Cechowała go postawa dziedzicznego właściciela i rezydenta rozległych włości, udzielającego wskazówek nowo przybyłym i pragnącym się osiedlić w jego dziedzinach petentom.

czwartek, 8 grudnia 2016

Niepokalane Poczęcie N.M.Panny

Święte i niepokalane poczęcie Maryi.
Anna była pewna i wierzyła niezłomnie, iż Mesjasz bardzo musi być blisko i że ona wśród Jego ziemskich znajduje się krewnych. Błagała i dążyła zawsze do największej czystości, oświadczono jej też, że pocznie dziecię łaski. Pierworodną swą córkę, która pozostała w domu Eliuda, uznawała i kochała Anna jako swoje i Joachima dziecko; lecz czuła z pewnością, że to nie owa córka, która podług swej wewnętrznej pewności porodzić miała. Anna i Joachim, począwszy od urodzenia tego dziecka pierwszego, przez 19 lat i 5 miesięcy niepłodnymi pozostali. Żyli, usunąwszy się od świata, w wstrzemięźliwości, bezustannie się modląc i spełniając ofiary. Widziałam ich często rozdzielających swe trzody, lecz wszystko szybko znowu się pomnażało. Często Joachim daleko przy trzodach swoich, pogrążony w modlitwie do Boga, czas spędzał.
Smutek i tęsknota obu za obiecanym błogosławieństwem doszły do najwyższego stopnia. Niektórzy lżyli ich, mówiąc, że zły mi muszą być ludźmi, ponieważ żadnych nie otrzymują dzieci, i że ich u Eliuda pozostała córka jest dzieckiem przez Annę podsuniętym, inaczej by mieli ją u siebie. Gdy Joachim, przebywający u swych trzód, znowu celem złożenia ofiary do świątyni chciał się udać, posłała mu Anna rozmaite ptactwo, gołębie i inne przedmioty w koszach i klatkach przez sługi na pole. Joachim, wziąwszy dwa osły z pastwiska, obarczył je tym wszystkim, a prócz tego trzema białymi, małymi, żwawymi zwierzątkami o długich szyjach, jagniętami lub koziołkami, w zakratowanych koszykach. Niósł latarnię na kiju; wyglądała ona jak świeca w wydrążonej dyni. Widziałam go tak idącego na pięknym, zielonym polu, pomiędzy Betanią a Jerozolimą, gdzie Jezusa częściej widywałam, i nad wieczorem do świątyni przybywającego. Wprowadzili osły tam, gdzie je podczas ofiarowania Maryi wprowadzono, zaś ofiary swe wnieśli po schodach do świątyni. Gdy ofiary od nich odebrano, słudzy się oddalili; lecz Joachim wstąpił jeszcze do przedsionka, gdzie znajdowało się naczynie z wodą, i gdzie wszystkie dary obmywano. Potem długim gankiem przyszedł do przedsionka, po lewej stronie miejsca świętego, gdzie stał ołtarz całopalenia, stół z chlebami pokładnymi i siedmioramienny lichtarz stały. Było w tym przedsionku jeszcze kilku ofiary składających. Z Joachimem pewien kapłan, imieniem Ruben, obszedł się bardzo pogardliwie; nie przypuszczono go właściwie, lecz w haniebny zakratowany kąt go wepchnięto; także ofiar jego nie wystawiono tak jak innych, na miejscu widocznym, poza kratami, po prawej stronie przedsionka, lecz na stronę położono. Kapłani byli w miejscu, gdzie ołtarz całopalenia się znajdował, składano tam ofiarę całopalenia. Także lampy zapalono, paliły się też światła na siedmioramiennym świeczniku, lecz nie wszystkie siedem świec razem się paliły. Widziałam częściej, że przy rozmaitych sposobnościach oświetlano rozmaite ramiona świecznika.
Widziałam Joachima w wielkim utrapieniu świątynię znowu opuszczającego i z Jerozolimy przez Betanię w okolicę Macherus wędrującego, gdzie w pewnym domu Esseńczyków pociechy szukał. Tutaj, a dawniej też w domu Esseńczyków z Betlejem żył prorok Manahem, który, będąc dzieckiem, przepowiedział Herodowi królestwo i wielkie jego występki. Stamtąd udał się Joachim do najbardziej oddalonych trzód swoich w pobliże góry Hermon. Droga prowadziła przez pustynię Gaddi i Jordan. Hermon jest to długa, wąska góra, której strona od słońca już się zieleni i kwitnie, podczas gdy druga jest jeszcze śniegiem okryta. Joachim był tak zasmuconym i zawstydzonym, że wcale nie pozwolił Annie powiedzieć, gdzie przebywa; zaś zmartwienie Anny, gdy jej inni donieśli, czego zaznał, i gdy więcej nie wracał, było nie do opisania. Pięć miesięcy w ten sposób pozostał Joachim przy górze Hermon w ukryciu. Widziałam jego błagania i modlitwy; oglądając swe trzody i jagnięta, stawał się bardzo smutnym i z twarzą zakrytą rzucał się na ziemię. Słudzy pytali go, dlaczego jest tak zasmuconym; lecz nie wyjawił im, że o swojej niepłodności myślał. Także swe piękne trzody podzielił na trzy części, najpiękniejszą część posłał do świątyni, drugą dostali Esseńczycy, najmniejszą dla siebie zatrzymał.
Anna, wśród zmartwienia swego, musiała także wiele cierpieć od pewnej bezczelnej służebnicy, która jej w przykry sposób niepłodność jej zarzucała. Długo to znosiła, lecz ostatecznie ową dziewkę z domu wypędziła. Ta ją bowiem, prosiła, by jej pozwoliła pójść na pewną uroczystość, co podług surowych obyczajów Esseńczyków nie uchodziło. Gdy jej Anna tego odmówiła, robiła jej służebnica wyrzuty, że ponieważ jest tak surową i niesprawiedliwą, zasługuje na to, iż jest niepłodną i przez męża opuszczoną.
Wtedy Anna, obdarzywszy służebnicę darami, odesłała w towarzystwie dwóch sług jej rodzicom, by ją na powrót przyjęli w takim stanie, w jakim do niej była przyszła, gdyż jej odtąd dłużej zatrzymać nie może. Potem poszła zasmucona do swej komory i modliła się. Tego dnia wieczorem, zarzuciwszy długą chustę na głowę, okryła się nią zupełnie; wzięła następnie pod płaszcz zakryte światło i poszła pod wielkie drzewo w podwórzu, a zapaliwszy tutaj lampę, modliła się. Było to drzewo, którego gałęzie ponad murem w ziemię się wpuszczały; stąd znowu z ziemi wyrastały i znowu się spuszczały, tworząc w ten sposób na całej przestrzeni szereg altan. Liście tego drzewa są bardzo wielkie, i zdaje mi się, że są takie same, jakimi Adam i Ewa w raju się okryli. Całe to drzewo było rodzajem drzewa zakazanego. Owoce wiszą zwykle po pięć naokoło wierzchołka gałęzi, są groszkowate, wewnątrz mięsiste, o żyłkach koloru krwistego, a w środku mają miejsce puste, naokoło którego tkwią w mięsie ziarna. Owych wielkich liści używali żydzi mianowicie do szałasów, by nimi ściany przystroić, ponieważ, na sposób łusek ułożone, brzegami swymi bardzo wygodnie do siebie przypadały. Naokoło tego drzewa były altany z siedzeniami.

niedziela, 4 grudnia 2016

NA UROCZYSTOŚĆ ŚW. BARBARY (1)

KS. ANTONI LANGER SI

Treść: Dwie rzeczy przede wszystkim w postaci św. Barbary wielką są dla świata nauką i że źródłem jego niewiary są upadki cielesne, w jakich się tarza, i że ta niewiara jest źródłem jego nikczemności – w św. Barbarze bowiem najpiękniej się okazuje 1) jak cudowna potęga jej wiary pochodziła z dziewiczości serca i jak 2) nawzajem ta potęga wiary była źródłem wielkiego jej heroizmu.

––––––––––––

"A to jest zwycięstwo, które zwycięża świat, wiara nasza". 1 Jan. V, 4.

Wiara nasza święta jest tak cudowną w swej mocy, że wszystko, cokolwiek świat jako wielkie ceni, wobec niej jest tylko nicością. Boża jakaś cecha w niej się przebija i mówi, że z wiarą żadna ziemska potęga mierzyć się nie może. Wyraźnie się to okazuje w cudownych jej zwycięstwach nie tylko nad światem, lecz nad samym piekłem, które przez 19 wieków sili się już, by ją z powierzchni ziemi usunąć.

Ale też i dzisiejsza uroczystość niemniej pięknego nam dostarcza dowodu, jak we wierze naszej leży zwycięstwo nad światem. Mówię o chrześcijańskim męczeństwie, a w szczególności o męczeństwie dziewicy chrześcijańskiej. Patrzcie, najmilsi, oto obraz takiej bohaterki dziś nam Kościół stawia przed oczy w osobie św. Barbary. Ach! jakichże sideł świat nie zastawia, by tylko zdobyć serce tej dziewicy! Jako rękojmię szczęścia stawia jej swoją fałszywą naukę, pełną ułudnych pozorów. Wszystko, co tylko serce może wabić, przedstawia jej jako godziwe; wszystko, czego ciało zapragnie – jako dobre i piękne; czego namiętność zażąda – jako sprawiedliwe. Aby zaś tym łatwiej odnieść tryumf nad panieńskim sercem Chrystusowej dziewicy, świat nęci ją nadto innymi ułudami. Obiecuje skarby i bogactwa, rozkosze i godności, a za to wszystko innej nie żąda przysługi, jak tylko słowa: zapieram się Chrystusa. Na tym nie koniec. By dziewica chrześcijańska nie uszła mu z sieci, otwiera przed nią jeszcze wyszukane okrucieństwo, siląc się, by wymyślić coraz nowe męki na postrach oblubienicy Baranka. I któż zwycięży – świat? piekło? czy dziewica Chrystusowa? O jakże piękny tryumf dziewiczego serca! Ze wstrętem odrzuca ona świat z jego ponętnymi darami i obietnicami, a sama nadstawia pierś pod ostrze kata i, jakby na godach weselnych, wśród mąk i tortur dziękczynny śpiewa hymn Oblubieńcowi. Jednym słowem, świat naprzeciw męczenniczki Chrystusowej jest bezsilny.

A teraz pytam się, najmilsi – skąd czerpie ona nadludzką swą siłę? Jakiż to pancerz okrywa dziewicze jej serce przeciw ciosom świata i piekła? Czy może pancerz nieczułości? Bynajmniej! To, co czyni męczenniczkę niezwyciężoną, jest wiara. Tak, wiara w jej czystej duszy jest tą żywotną siłą, pod której wpływem natura ustępuje łasce. Chrystus dla niej nie jest już bajką tylko albo legendą, nie jest pięknym obrazem, w oglądaniu którego umysł by się kochał; Chrystus jest Oblubieńcem jej duszy, z którego serca nieustannie czerpie siłę; On jest nagrodą w każdym zaparciu się, pociechą w każdym utrapieniu, pomocą w każdej pokusie, radością w ofierze, stałością w trudach i mękach. Słowem, wiara w Chrystusa zwycięstwem jest dla dziewicy nad światem i piekłem. Takie zwycięstwo odniosła też św. Barbara – zwycięstwo, które dziś jeszcze po tylu wiekach serca wiernych podnosi, pociesza i wzmacnia. Święta Barbara – jakaż to wzniosła, zachwycająca postać w Kościele Chrystusowym! Dziewica słaba siłą, a wiarą potężna; z natury delikatna, a z łaski niezwyciężona; wiekiem dziecko, a cnotą zahartowana bohaterka! O, jakiż to przykład dla dzisiejszego społeczeństwa zamarłego we wierze!

Dwie zaś rzeczy przede wszystkim wielką są światu nauką w bohaterskiej postaci Barbary: pierwsza, że źródłem jego niewiary są upadki cielesne w jakich się tarza; druga, że ta niewiara jest źródłem jego nikczemności. W św. Barbarze bowiem najpiękniej się okazuje, a) jak cudowna potęga jej wiary pochodziła z dziewiczości serca, b) i jak nawzajem ta wiary potęga była źródłem świetnego jej heroizmu.

Oto przedmiot naszego rozważania. Naprzód jednak wezwijmy pomocy Bożej, przez przyczynę Królowej dziewic, mówiąc pobożnie: Zdrowaś Maryjo.


I.

Gdzież szukać źródła cudownej siły, jaką podziwiamy w wierze św. Barbary? Oto, najmilsi, w nieskalanej dziewiczości jej czystego serca.

Odosobniona od świata, daleka od jego uciech, prowadziła życie w samotności, starając się podobać jedynie Boskiemu swemu Oblubieńcowi. Wieża, w której chciwy ojciec panieńską jej godność ukrywał zazdrośnie, by drogo ją potem zaprzedać, była jej rajem, pełnym wonnych kwiatów cnoty. Między nimi zaś, jako zasiew chrześcijańskiego bohaterstwa, najsilniej rozkwitła silna i potężna wiara. Jakoż inaczej być nie mogło. Gdzież bowiem wiara płodniejsze znajdzie pole, jeśli nie w sercu dziewiczym, które hańbą cielesności nieskalane, obraz Boży najlepiej odbija? Zaiste, serce czyste, zmysłowością nietknięte, i najłatwiej światło wiary przyjmuje, i najlepiej w sobie je zatrzymać może. Stąd Chrystus Pan sercom czystym, jako szczególne błogosławieństwo, obiecuje pełniejsze i doskonalsze oglądanie Boga na ziemi przez wiarę, a w niebie twarzą w twarz; stąd jedynie dziewicze serca zdolne będą w tryumfalnym orszaku śpiewać pochwalny hymn Boskiego Baranka. W czystej duszy światło rozumu nie jest jeszcze przyćmione. To bowiem, co niszczy oko duszy a często ciemną otacza je nocą, jest nie co innego, jak stek cielesności, która hańbą okrywa człowieka. Dusza więc nieskażona jeszcze tym grzechem, jasno poznaje we wierze przyjaciółkę, mogącą ją wprowadzić w tajnie zaświata; pod jej władzą czuje się szczęśliwą, pełną niebieskiej pociechy; co więcej, widzi się kościołem Ducha Świętego, zdobnym w Jego łaskę. Jakże więc w duchowym tym kościele wiara, będąca słowem Ducha Świętego, nie miałaby działać najsilniej? Zaiste, serce czyste i dziewicze – to prawdziwe królestwo wiary, w którym ona rozwija boską potęgę i rozlewa niebieskie skarby!

A teraz, w świetle tej prawdy, czyż możemy się dziwić, czemu to na świecie tak mało wiary, gdy w nim tak mało czystości, a zmysłowość tak wielkie sprawia w nim spustoszenie? Czyż nie widzicie, jak zaraza tego występku zatruwa najpiękniejsze lata młodości i niszczy wonne kwiaty cnoty? Ileż to dziś mamy młodych osób, które ledwie z dziecięcych lat wyszły, a już z wiary się śmieją? Skąd to pochodzi, najmilsi? Wszak niedawno jeszcze wiara była dla nich rozkoszą młodego niewinnego serca! Teraz wierzyć nie mogą, i to, co dla najbystrzejszych umysłów biło prawdą wzniosłości i majestatu, w czym Augustyn, Tomasz z Akwinu zatapiali się z podziwem i uwielbieniem, to dla tych karłów oświaty śmiesznym jest i głupim! Skądże u nich ta nagła odmiana? skąd tak prędko nabyte przekonanie przeciwne temu, w jakim dotychczas żyli? Chcecie wiedzieć, najmilsi? Jeden tylko mogę wam podać powód, a tym jest zepsucie. Namiętności cielesne w młodym już sercu chcą być prawdą, a więc prawda Boża musi być fałszem i kłamstwem. I tak ogień zmysłowości burzy gmach wiary, a serce staje się pustynią, na której życie chrześcijańskie kwiatu nie wypuści.

Najmilsi! wobec biorącej górę niewiary, śmiało się odzywam, że zepsute serca są jej źródłem. Spytajcie się tylko owych oświeconych ludzi, którzy już rozbrat wzięli z wiarą Chrystusową, jaką drogą przyszli do tego rzekomego przekonania, że wiara jest głupstwem? – a prawie wszyscy z małym wyjątkiem mogliby wam opisać wskazaną drogę. Wiara była im nieomylnym zwierciadłem, odbijającym w całej nagości nikczemność ich życia; wiara była im światłem, odsłaniającym sprośność ich obyczajów. Nie mogła im się zatem podobać. "Cielesny człowiek – mówi św. Jan Damascen – nie może patrzeć w światło wiary"; a Chrystus Pan przedtem był powiedział: Każdy, który źle czyni, nienawidzi światłości, ani idzie na światłość, żeby nie były zganione uczynki jego (2).

Odbywa się tu następujący psychiczny proces. Światło to, bez litości odkrywające brzydotę uciech, nie może być miłowane. A przeto powstają w sercu zachcianki: gdyby też to, co wiara mówi, było nieprawdą! Pierwsze te uczucia woli wnet w duszy, namiętnością rozognionej, przerodzą się w wątpliwość i natychmiast tysiączne trudności staną przed człowiekiem: może to wszystko fałsz – może wynalazek księży. Od wątpliwości do zupełnego zaprzeczenia wiary jeszcze tylko krok jeden, który serce, nieczystym płomieniem gorejące, niezadługo stawi. Zgubną tę drogę, niebezpieczniejszą jeszcze czyni wstręt do jakiejkolwiek myśli wznioślejszej. Serce w nieczystości zatopione nie zna innej rozkoszy nad błoto, innej umiejętności nad coraz nowe sposoby dogadzania zmysłom, innego szczęścia nad przesyt pożądliwości. Wszystko inne je nudzi. Więc pytam się was, czy serce takie, marzeniami zmysłowymi przejęte, może znaleźć upodobanie w czystej i wzniosłej wierze Chrystusowej? Nie, nie! Człowiek cielesny nie pojmuje tego, co jest Ducha Bożego (3) – mówi św. Paweł. Stąd też płynie zastraszająca owa nieświadomość wiary u ludzi skądinąd oświeconych. Oko duszy, przyzwyczajone do sprośnych obrazów zmysłowych, nie może się zagłębić w tajemnice Boże, a prawda Boża zostaje dlań zawsze księgą zamkniętą. Dawno już przepowiedział Apostoł, że w ostateczny czas przyjdą naśmiewcy, chodzący według swych pożądliwości w niezbożnościach, którzy czegokolwiek nie wiedzą, bluźnią; a cokolwiek z przyrodzenia, jako nieme bydło, rozumieją, w tym się psują (4).

Wreszcie, jest jeszcze jedna rzecz, która serce w namiętności cielesnej zatwardziałe pcha do niewiary. Wiara takie życie potępia i wieczną grozi karą za każdą nawet myśl nieczystą. To zbyt srogim zdaje się sercu, które tylko do zabaw przywykło. Precz więc z nią – usunąć ją trzeba! i tak wiara, która być miała kotwicą zbawienia, staje się dla duszy człowieka ciężarem, strącającym go w przepaść potępienia. O! jakże zgubne to zaślepienie! Czyż wiara przez to, że się ją nienawidzi, przestanie być wiarą bożą? czyż piekło istnieć przestanie dlatego, że go niewiara uznawać nie chce? A przecie zaślepienie to jest naturalnym wynikiem zepsucia moralnego. Wiara bowiem i cielesność razem mieszkać nie mogą.

O! gdyby świat miał choć iskrę tego ognia miłości, którym gorzała św. Barbara ku dziewiczej cnocie, jak łatwo objąłby wiarę Chrystusową, jak łacno znalazłby w niej oświatę i mądrość, jak prędko poznałby nicość zasad, którymi sam się na własną zatratę kieruje! O, gdyby też czystość panowała w owych sercach, w których dziś jest przedmiotem szyderstwa, jakże wiara byłaby im bronią przeciw nikczemności świata! Przez wiarę stałyby się opoką niezachwianą wśród nawałności wzburzonego morza, podczas gdy bez wiary są jakoby trzciną, którą lada wietrzyk do ziemi przychyla.

Na św. Barbarze widzimy właśnie, jak wiara rodzi niezwyciężony hart duszy, a na odwrót jak z niewiary płynie wszelka nikczemność.


II.

Najmilsi! heroizm serca niczym tak wyraźnie nie objawia się, jak wiarą i wydaniem się siebie samego. Im większa ofiara, tym większy serca heroizm, a gdzie ofiary braknie, tam nie ma też owej bohaterskiej wspaniałomyślności.

Po tym, cośmy powiedzieli, przypatrzmy się życiu św. Barbary. Jakże bogate było ono w ofiary! Plan życia całego był jedną ofiarą, ofiarą było jego wykonanie, a i ostatnia walka z nieprzyjacielem, usiłującym zamysł jej wzniosły zniweczyć, była szeregiem nowych niewypowiedzianych ofiar. Wszystko zaś było dziełem wielkiej jej wiary. Przypatrzmy się w szczegółach tej potrójnej ofierze.

Planem jej życia na ziemi było oddać się całkiem Chrystusowi Panu na miłość, do Niego zupełnie należeć z wszystkimi uczuciami i skłonnościami serca, aby w ten sposób nieskalanym dziewictwem poślubić sobie w oblubieńczych godach niezmazanego Baranka. Wiedziała Barbara św., z ilu to złączone było ofiarami, jednakże, niosąc w sobie naczynie pełne wiary, z ufnością wołała: Wszystko mogę w Tym, który mię umacnia (5).

Odkąd też raz heroiczne postanowienie to uczyniła, serce jej nie dało przystępu ni hołdom uwielbienia składanym na ołtarzu jej wdzięków, ni innym pochwałom pochlebców, lecz zamknęło się – lepiej powiem, umarło dla wszelkich ponęt i rozkoszy tej ziemi, by pełnością życia żyć jedynie w Chrystusie i dla Chrystusa. Wiarą oświecona rozumiała dobrze, że oblubienicy Chrystusa jedna tylko szata przystoi, w której może chodzić w oczach Oblubieńca – tj. szata cnót. Stąd wszystkie siły ku temu kierowała, by osiągnąć w najwyższym stopniu niebiańską tą krasę. Wiedziała dobrze, że każda cnota wymaga licznych zwycięstw nad miłością własną i tylko pod krzyżem zaparcia się rozkwitnąć może, dlatego też, by wypielęgnować w swym sercu wonne cnót kwiaty, nie szczędziła ni ofiar ni trudu, a miłość ku Oblubieńcowi czyniła te ofiary łatwymi i słodkimi. Obfita rosa łask, sprowadzana z nieba pokorną modlitwą, dawała tym szlachetnym roślinkom szybki wzrost i zachwycającą świeżość, a ulubiona samotność strzegła je przed zaraźliwym tchem świata.

Wreszcie bohaterstwo jej cnoty szczytu swego dosięgło w ostatniej jej walce przedśmiertnej, która rozpoczęła się wyznaniem Trójcy Przenajświętszej. Gdy bowiem ojciec zapytał się jej, czemu do dwu okien w komnacie trzecie jeszcze dodała, ona, nieustraszona gniewem pogańskiego rodzica, odpowiedziała bez obawy, że na cześć to uczyniła Trzech osób Bożych: Boga jednego, który jedynym jest światłem, oświecającym każdego człowieka na ten świat przychodzącego, a wszelkie inne światło to tylko dzieło rąk Jego i słabe podobieństwo. Ojciec nieprzygotowany na tak śmiałą odpowiedź, dobytym mieczem chciał od razu skarcić wyznawstwo w Chrystusa. Lecz Bóg Barbarę ku piękniejszemu jeszcze zachował zwycięstwu. Cudem otwiera jej bliską ścianę w skale, aby uszła bezpieczną drogą na przeciwną stronę góry. Niestety! nowy ten cud bynajmniej nie zmienia uczuć zaślepionego ojca. W pogańskiej zatwardziałości porywa córkę i wlokąc za włosy, sam ją oddaje sędziemu. O! ileż już tutaj zwycięstwa nad uczuciem dziecka odniosła Barbara św., gdy wbrew przewrotnej woli rodzicielskiej szła za najsłodszą wolą Boga! Jednakże postąpmy dalej w rozpamiętywaniu czynów bohaterskiej dziewicy.

Sędzia namową i kłamstwem, obietnicą i pochlebstwem usiłuje podejść jej niezachwianą wiarę. Tymczasem ona już dawno poznała próżność świata, jego darów i ponęt, już dawno nauczyła się lękać nie tych, którzy ciało zabić mogą, ale Tego jedynie, który i ciało i duszę strącić może do piekła (6); toteż jedyną jej odpowiedzią na pogańskie zabiegi było, że umrzeć gotowa dla żyjącego Boga, a gardzi bałwochwalczymi bożyszczami. "Nasz Bóg – powiada – stworzył niebo i ziemię, a bałwany wasze to dzieło rąk ludzkich; usta mają a nie mówią, oczy mają a nie widzą, uszy mają a nie słyszą; wy zaś, którzy im wierzycie, im też podobni jesteście".

Piekło ostrzejszych środków chwycić się musiało, by walczyć z męstwem wiary. W odpowiedzi więc na wyznanie Chrystusa, kat smaga Świętą okrutnymi biczami tak, że ciało jej jedną wielką staje się raną. Gorzki to kielich – lecz znowu Chrystus Pan swej męczenniczce go słodzi i, ukazując się jej w blasku majestatu, w te do niej odzywa się słowa: "Barbaro, bądź pełna ufności, walka twa radością jest niebu; nie bój się tortur oprawców, ja z tobą walczyć będę do końca". I o dziwo! obecność Boga leczy rany, które złość ludzka zadała, i Święta staje przed sędzią w piękniejszej jeszcze krasie urody.

Widok tych cudów czyjegoż by nie zmiękczył serca? Wszelako dla wrogów Barbary był on tylko nowym bodźcem do dalszego i coraz okrutniejszego znęcania się nad nią. Rozjuszony sędzia przeciąć jej każe piersi, hakami żelaznymi drzeć ciało, a rany przypiekać smolną pochodnią, by jękiem cierpienia powetować sobie porażkę, jaką przed chwilą odniósł. Wreszcie i na tym nie koniec. Jeszcze ofiara żyje, jeszcze zwycięża, dzięki składając Bogu, że jej cierpieć pozwala; nowe więc trzeba wyprowadzić tarany. I oto złość ludzka z przewrotnością piekła się łączą i wymyślają środek, któremu zdaje się ulec będzie musiało serce wstydliwej dziewicy.

Lecz cóż to się dzieje? Ach, słuchajcie! – ona się modli. Wrogi zadrżyjcie, bo taka modlitwa nie będzie bez skutku! "O Boże mój, który w obłoki niebo przybierasz – woła Święta – racz i mnie przyoblec szatą przemożnej opieki, bym igraszką nie była, sprośnych ócz nieprzyjaciół Twoich". I w istocie, co miało być dla niej hańbą, w nowy tryumf się zmienia. Chrystus Pan ręką Cheruba przyodziewa wstydliwą dziewicę w szatę, "strojąc ją, jak mówi św. Jan Damascen, niby oblubienicę, która wychodząc z pod ojczystej strzechy, staje w komnatach Boskiego Oblubieńca". W rzeczy samej koniec cierpienia się zbliżał. Miecz miał niebawem otworzyć niebo niezwyciężonej panience. Już spieszy, jako łania do wód, by we krwi własnej się zanurzyć. Lecz nim umrze Bogu w ofierze, jedną jeszcze prośbę do nieba zanosi. "O Chryste – modli się – korono Męczenników, skłoń się do mej prośby i udziel służebnicy Twej łaski, abyś w dniu sądu nie pamiętał grzechów tym, którzy czcić mnie będą. Bądź im, Panie, łaskaw i miłościwy. O to też Cię proszę, by wszyscy, którzy hołd i uwielbienie mym szczątkom oddadzą, znaleźli w Twej miłości zbawienie. Niech przez nie zawsze będzie pochwalone Imię Twe święte wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen". Wtem głos daje się słyszeć z nieba: "Pójdź, moja błogosławiona! zwyciężyłaś, wstąp teraz do wiecznego królestwa Ojca mego, a prośbom twym stanie się zadość".

O pożądane powitanie w przybytkach odwiecznego szczęścia! O słodka pociecho w ostatniej jeszcze ofierze męczeńskiego serca, które cios ostatni miało otrzymać z rąk własnego ojca! Najmilsi, taką była ofiarność Barbary św. w życiu i śmierci. Wiara ukazała jej źródło, z którego modlitwą zaczerpnąć mogła boskiej prawie siły i nadludzkiej otuchy.


A teraz zwróćmy uwagę na świat. Czy znajdziemy wśród niego choćby odblask wzniosłości zasad i bohaterstwa św. Barbary?

Wzniosłość? O, nie – nikczemność raczej spotkamy – nikczemność w planie życia, nikczemność w wykonaniu, nikczemność we walce z trudnościami. Nigdzie tu nie ujrzycie ofiary i poświęcenia. Świat ich nie zna i znać nie może, gdyż wyłącznie samolubstwo jest sprężyną jego dążeń i czynów. Jakież bo zadanie zakreśla on życiu? Jedni żyją dla zmysłowości, drudzy dla sławy, inni dla bogactw – słowem, w prochu ziemskim świat się czołga, bo nie masz w nim wiary, która by jedynie ponad marność znikomą serce podniosła. O, jakże nędzne i nikczemne życie, tak nisko pełzające!

Lecz bardziej jeszcze owa nikczemność uwydatnia się w wykonaniu tak zakreślonego celu żywota. Czyż bowiem dla świata nie jest dobrym każdy środek, byle do celu prowadził? Czyż nie wszystko prawe, piękne i sprawiedliwe, byle tylko przyniosło wymarzone uciechy? Światu obojętnym jest, jaką drogą dojdzie do szczęścia; choćby ona wysłaną była zbrodniami, zdradą, przeniewierstwem, choćby wiodła po zgliszczach zrujnowanego mienia i szczęścia bliźnich, on nią pójdzie. I inaczej być nie może. Albowiem tylko tam znajdzie się ofiarność, gdzie w sercach bije żywa wiara.

Niewiara ta inny jeszcze skutek za sobą pociąga. Gdy człowiek wierzący pośród ucisków siłę we wierze znajduje: niedowiarek, choć oświecony nauką, w nieszczęściach ubóstwa, pogardy, prześladowania skądż zaczerpnie męstwa? Czy może da mu je oświata? O nie! ona bez wiary do rozpaczy go przywiedzie, a często do zbrodni, która, mając kres położyć rozpaczy, wiecznych mąk przepaść otwiera! Oświata bezbożna, nie znając innych dóbr nad dobra ziemskie, trudno nawet, by lepszą radę człowiekowi zrozpaczonemu podała. Hart i moc duszy, żadną burzą nieszczęścia nieugięte, mogą tylko z wiary popłynąć.


Miłujmy więc, najmilsi, boską naszą wiarę, a brzydźmy się wszelkim cieniem niewiary, choćby nam świat bezbożność swą w najcudniejszych kolorach przedstawiał. Ale zarazem pamiętajmy, że silna i niezachwiana wiara jest darem, o który prosić możemy, lecz nań zarobić nie potrafimy. Błagajmy więc Boga o cenny ten skarb, błagajmy przez przyczynę dziś nam uroczystującej Świętej. O tak, złóżmy słabe i nieudolne nasze serca w dziewicze ręce św. Barbary. Niech ona je swemu Boskiemu Oblubieńcowi przedstawi, by w nich wypalił wszystko, co jest ciała, a natchnął miłością czystości – i wiarą, która by wszelkie zapory na drodze cnoty pokonać zdołała. Światłość wiary będzie nam wtedy warownią przeciw napadom szatana, puklerzem na zasadzki świata, pociechą i zdrojem ufności w utrapieniach. Gdy zaś ostatnia walka się zbliży, św. Barbara znowu przyjdzie do nas z onym Sakramentem wiary, której światłość nam drogę z ciemni tej ziemi do wiecznej jasności oświeci i przeprowadzi z niedoli pielgrzymstwa do rozkoszy niebieskich, z walk nieustannych do słodyczy pokoju i tryumfu na łonie Bożym – co daj Boże! Amen.

–––––––––––


Kazania ks. Antoniego Langera T. J., Kraków. NAKŁADEM WYDAWNICTW APOSTOLSTWA MODLITWY. 1903, ss. 174-184. (a)
(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Przypisy:
(1) Mówione w Krakowie, w kościele św. Barbary 1875 r.

(2) Jan III, 20.

(3) 1 Kor. II, 14.

(4) Jud. 18. 10.

(5) Filip. IV, 13.

(6) Mt. X, 28.

środa, 7 września 2016

O. Pio na dzisiejszy dzień

Nie osiąga się zbawienia bez przepłynięcia wzburzonego morza, ciągle grożącego zatonięciem.
Kalwaria jest górą świętych, lecz stamtąd przechodzimy na inną górę, która nazywa się Tabor.
Lecz kiedy ten dzień nadejdzie?
Kiedy zaśpiewamy hymn zwycięstwa nad naszymi wszystkimi wrogami?
Chwała niech będzie Panu, a Jego sprawiedliwość niech się spełni!
(Epist. III 365)

wtorek, 21 czerwca 2016

O. Pio na dzisiejszy dzień

Aby zachęcać się do właściwego znoszenia udręk, którymi Boże miłosierdzie obdarza nas, miejmy utkwiony nasz wzrok w ojczyznę Nieba, zachowaną dla nas; kontemplujmy ją nieustannie.
Ponadto odwracajmy nasz wzrok od dóbr ziemskich wiedząc, że ich oglądanie pociąga nas i rozprasza duszę, a także okłamuje nasze serca.
Ono sprawia, że nasze spojrzenie nie jest zwrócone ku naszej ojczyźnie w Niebie.
(LCR 27)
O. Pio wolał umrzeć, niż odprawiać NOM.