niedziela, 4 grudnia 2016

NA UROCZYSTOŚĆ ŚW. BARBARY (1)

KS. ANTONI LANGER SI

Treść: Dwie rzeczy przede wszystkim w postaci św. Barbary wielką są dla świata nauką i że źródłem jego niewiary są upadki cielesne, w jakich się tarza, i że ta niewiara jest źródłem jego nikczemności – w św. Barbarze bowiem najpiękniej się okazuje 1) jak cudowna potęga jej wiary pochodziła z dziewiczości serca i jak 2) nawzajem ta potęga wiary była źródłem wielkiego jej heroizmu.

––––––––––––

"A to jest zwycięstwo, które zwycięża świat, wiara nasza". 1 Jan. V, 4.

Wiara nasza święta jest tak cudowną w swej mocy, że wszystko, cokolwiek świat jako wielkie ceni, wobec niej jest tylko nicością. Boża jakaś cecha w niej się przebija i mówi, że z wiarą żadna ziemska potęga mierzyć się nie może. Wyraźnie się to okazuje w cudownych jej zwycięstwach nie tylko nad światem, lecz nad samym piekłem, które przez 19 wieków sili się już, by ją z powierzchni ziemi usunąć.

Ale też i dzisiejsza uroczystość niemniej pięknego nam dostarcza dowodu, jak we wierze naszej leży zwycięstwo nad światem. Mówię o chrześcijańskim męczeństwie, a w szczególności o męczeństwie dziewicy chrześcijańskiej. Patrzcie, najmilsi, oto obraz takiej bohaterki dziś nam Kościół stawia przed oczy w osobie św. Barbary. Ach! jakichże sideł świat nie zastawia, by tylko zdobyć serce tej dziewicy! Jako rękojmię szczęścia stawia jej swoją fałszywą naukę, pełną ułudnych pozorów. Wszystko, co tylko serce może wabić, przedstawia jej jako godziwe; wszystko, czego ciało zapragnie – jako dobre i piękne; czego namiętność zażąda – jako sprawiedliwe. Aby zaś tym łatwiej odnieść tryumf nad panieńskim sercem Chrystusowej dziewicy, świat nęci ją nadto innymi ułudami. Obiecuje skarby i bogactwa, rozkosze i godności, a za to wszystko innej nie żąda przysługi, jak tylko słowa: zapieram się Chrystusa. Na tym nie koniec. By dziewica chrześcijańska nie uszła mu z sieci, otwiera przed nią jeszcze wyszukane okrucieństwo, siląc się, by wymyślić coraz nowe męki na postrach oblubienicy Baranka. I któż zwycięży – świat? piekło? czy dziewica Chrystusowa? O jakże piękny tryumf dziewiczego serca! Ze wstrętem odrzuca ona świat z jego ponętnymi darami i obietnicami, a sama nadstawia pierś pod ostrze kata i, jakby na godach weselnych, wśród mąk i tortur dziękczynny śpiewa hymn Oblubieńcowi. Jednym słowem, świat naprzeciw męczenniczki Chrystusowej jest bezsilny.

A teraz pytam się, najmilsi – skąd czerpie ona nadludzką swą siłę? Jakiż to pancerz okrywa dziewicze jej serce przeciw ciosom świata i piekła? Czy może pancerz nieczułości? Bynajmniej! To, co czyni męczenniczkę niezwyciężoną, jest wiara. Tak, wiara w jej czystej duszy jest tą żywotną siłą, pod której wpływem natura ustępuje łasce. Chrystus dla niej nie jest już bajką tylko albo legendą, nie jest pięknym obrazem, w oglądaniu którego umysł by się kochał; Chrystus jest Oblubieńcem jej duszy, z którego serca nieustannie czerpie siłę; On jest nagrodą w każdym zaparciu się, pociechą w każdym utrapieniu, pomocą w każdej pokusie, radością w ofierze, stałością w trudach i mękach. Słowem, wiara w Chrystusa zwycięstwem jest dla dziewicy nad światem i piekłem. Takie zwycięstwo odniosła też św. Barbara – zwycięstwo, które dziś jeszcze po tylu wiekach serca wiernych podnosi, pociesza i wzmacnia. Święta Barbara – jakaż to wzniosła, zachwycająca postać w Kościele Chrystusowym! Dziewica słaba siłą, a wiarą potężna; z natury delikatna, a z łaski niezwyciężona; wiekiem dziecko, a cnotą zahartowana bohaterka! O, jakiż to przykład dla dzisiejszego społeczeństwa zamarłego we wierze!

Dwie zaś rzeczy przede wszystkim wielką są światu nauką w bohaterskiej postaci Barbary: pierwsza, że źródłem jego niewiary są upadki cielesne w jakich się tarza; druga, że ta niewiara jest źródłem jego nikczemności. W św. Barbarze bowiem najpiękniej się okazuje, a) jak cudowna potęga jej wiary pochodziła z dziewiczości serca, b) i jak nawzajem ta wiary potęga była źródłem świetnego jej heroizmu.

Oto przedmiot naszego rozważania. Naprzód jednak wezwijmy pomocy Bożej, przez przyczynę Królowej dziewic, mówiąc pobożnie: Zdrowaś Maryjo.


I.

Gdzież szukać źródła cudownej siły, jaką podziwiamy w wierze św. Barbary? Oto, najmilsi, w nieskalanej dziewiczości jej czystego serca.

Odosobniona od świata, daleka od jego uciech, prowadziła życie w samotności, starając się podobać jedynie Boskiemu swemu Oblubieńcowi. Wieża, w której chciwy ojciec panieńską jej godność ukrywał zazdrośnie, by drogo ją potem zaprzedać, była jej rajem, pełnym wonnych kwiatów cnoty. Między nimi zaś, jako zasiew chrześcijańskiego bohaterstwa, najsilniej rozkwitła silna i potężna wiara. Jakoż inaczej być nie mogło. Gdzież bowiem wiara płodniejsze znajdzie pole, jeśli nie w sercu dziewiczym, które hańbą cielesności nieskalane, obraz Boży najlepiej odbija? Zaiste, serce czyste, zmysłowością nietknięte, i najłatwiej światło wiary przyjmuje, i najlepiej w sobie je zatrzymać może. Stąd Chrystus Pan sercom czystym, jako szczególne błogosławieństwo, obiecuje pełniejsze i doskonalsze oglądanie Boga na ziemi przez wiarę, a w niebie twarzą w twarz; stąd jedynie dziewicze serca zdolne będą w tryumfalnym orszaku śpiewać pochwalny hymn Boskiego Baranka. W czystej duszy światło rozumu nie jest jeszcze przyćmione. To bowiem, co niszczy oko duszy a często ciemną otacza je nocą, jest nie co innego, jak stek cielesności, która hańbą okrywa człowieka. Dusza więc nieskażona jeszcze tym grzechem, jasno poznaje we wierze przyjaciółkę, mogącą ją wprowadzić w tajnie zaświata; pod jej władzą czuje się szczęśliwą, pełną niebieskiej pociechy; co więcej, widzi się kościołem Ducha Świętego, zdobnym w Jego łaskę. Jakże więc w duchowym tym kościele wiara, będąca słowem Ducha Świętego, nie miałaby działać najsilniej? Zaiste, serce czyste i dziewicze – to prawdziwe królestwo wiary, w którym ona rozwija boską potęgę i rozlewa niebieskie skarby!

A teraz, w świetle tej prawdy, czyż możemy się dziwić, czemu to na świecie tak mało wiary, gdy w nim tak mało czystości, a zmysłowość tak wielkie sprawia w nim spustoszenie? Czyż nie widzicie, jak zaraza tego występku zatruwa najpiękniejsze lata młodości i niszczy wonne kwiaty cnoty? Ileż to dziś mamy młodych osób, które ledwie z dziecięcych lat wyszły, a już z wiary się śmieją? Skąd to pochodzi, najmilsi? Wszak niedawno jeszcze wiara była dla nich rozkoszą młodego niewinnego serca! Teraz wierzyć nie mogą, i to, co dla najbystrzejszych umysłów biło prawdą wzniosłości i majestatu, w czym Augustyn, Tomasz z Akwinu zatapiali się z podziwem i uwielbieniem, to dla tych karłów oświaty śmiesznym jest i głupim! Skądże u nich ta nagła odmiana? skąd tak prędko nabyte przekonanie przeciwne temu, w jakim dotychczas żyli? Chcecie wiedzieć, najmilsi? Jeden tylko mogę wam podać powód, a tym jest zepsucie. Namiętności cielesne w młodym już sercu chcą być prawdą, a więc prawda Boża musi być fałszem i kłamstwem. I tak ogień zmysłowości burzy gmach wiary, a serce staje się pustynią, na której życie chrześcijańskie kwiatu nie wypuści.

Najmilsi! wobec biorącej górę niewiary, śmiało się odzywam, że zepsute serca są jej źródłem. Spytajcie się tylko owych oświeconych ludzi, którzy już rozbrat wzięli z wiarą Chrystusową, jaką drogą przyszli do tego rzekomego przekonania, że wiara jest głupstwem? – a prawie wszyscy z małym wyjątkiem mogliby wam opisać wskazaną drogę. Wiara była im nieomylnym zwierciadłem, odbijającym w całej nagości nikczemność ich życia; wiara była im światłem, odsłaniającym sprośność ich obyczajów. Nie mogła im się zatem podobać. "Cielesny człowiek – mówi św. Jan Damascen – nie może patrzeć w światło wiary"; a Chrystus Pan przedtem był powiedział: Każdy, który źle czyni, nienawidzi światłości, ani idzie na światłość, żeby nie były zganione uczynki jego (2).

Odbywa się tu następujący psychiczny proces. Światło to, bez litości odkrywające brzydotę uciech, nie może być miłowane. A przeto powstają w sercu zachcianki: gdyby też to, co wiara mówi, było nieprawdą! Pierwsze te uczucia woli wnet w duszy, namiętnością rozognionej, przerodzą się w wątpliwość i natychmiast tysiączne trudności staną przed człowiekiem: może to wszystko fałsz – może wynalazek księży. Od wątpliwości do zupełnego zaprzeczenia wiary jeszcze tylko krok jeden, który serce, nieczystym płomieniem gorejące, niezadługo stawi. Zgubną tę drogę, niebezpieczniejszą jeszcze czyni wstręt do jakiejkolwiek myśli wznioślejszej. Serce w nieczystości zatopione nie zna innej rozkoszy nad błoto, innej umiejętności nad coraz nowe sposoby dogadzania zmysłom, innego szczęścia nad przesyt pożądliwości. Wszystko inne je nudzi. Więc pytam się was, czy serce takie, marzeniami zmysłowymi przejęte, może znaleźć upodobanie w czystej i wzniosłej wierze Chrystusowej? Nie, nie! Człowiek cielesny nie pojmuje tego, co jest Ducha Bożego (3) – mówi św. Paweł. Stąd też płynie zastraszająca owa nieświadomość wiary u ludzi skądinąd oświeconych. Oko duszy, przyzwyczajone do sprośnych obrazów zmysłowych, nie może się zagłębić w tajemnice Boże, a prawda Boża zostaje dlań zawsze księgą zamkniętą. Dawno już przepowiedział Apostoł, że w ostateczny czas przyjdą naśmiewcy, chodzący według swych pożądliwości w niezbożnościach, którzy czegokolwiek nie wiedzą, bluźnią; a cokolwiek z przyrodzenia, jako nieme bydło, rozumieją, w tym się psują (4).

Wreszcie, jest jeszcze jedna rzecz, która serce w namiętności cielesnej zatwardziałe pcha do niewiary. Wiara takie życie potępia i wieczną grozi karą za każdą nawet myśl nieczystą. To zbyt srogim zdaje się sercu, które tylko do zabaw przywykło. Precz więc z nią – usunąć ją trzeba! i tak wiara, która być miała kotwicą zbawienia, staje się dla duszy człowieka ciężarem, strącającym go w przepaść potępienia. O! jakże zgubne to zaślepienie! Czyż wiara przez to, że się ją nienawidzi, przestanie być wiarą bożą? czyż piekło istnieć przestanie dlatego, że go niewiara uznawać nie chce? A przecie zaślepienie to jest naturalnym wynikiem zepsucia moralnego. Wiara bowiem i cielesność razem mieszkać nie mogą.

O! gdyby świat miał choć iskrę tego ognia miłości, którym gorzała św. Barbara ku dziewiczej cnocie, jak łatwo objąłby wiarę Chrystusową, jak łacno znalazłby w niej oświatę i mądrość, jak prędko poznałby nicość zasad, którymi sam się na własną zatratę kieruje! O, gdyby też czystość panowała w owych sercach, w których dziś jest przedmiotem szyderstwa, jakże wiara byłaby im bronią przeciw nikczemności świata! Przez wiarę stałyby się opoką niezachwianą wśród nawałności wzburzonego morza, podczas gdy bez wiary są jakoby trzciną, którą lada wietrzyk do ziemi przychyla.

Na św. Barbarze widzimy właśnie, jak wiara rodzi niezwyciężony hart duszy, a na odwrót jak z niewiary płynie wszelka nikczemność.


II.

Najmilsi! heroizm serca niczym tak wyraźnie nie objawia się, jak wiarą i wydaniem się siebie samego. Im większa ofiara, tym większy serca heroizm, a gdzie ofiary braknie, tam nie ma też owej bohaterskiej wspaniałomyślności.

Po tym, cośmy powiedzieli, przypatrzmy się życiu św. Barbary. Jakże bogate było ono w ofiary! Plan życia całego był jedną ofiarą, ofiarą było jego wykonanie, a i ostatnia walka z nieprzyjacielem, usiłującym zamysł jej wzniosły zniweczyć, była szeregiem nowych niewypowiedzianych ofiar. Wszystko zaś było dziełem wielkiej jej wiary. Przypatrzmy się w szczegółach tej potrójnej ofierze.

Planem jej życia na ziemi było oddać się całkiem Chrystusowi Panu na miłość, do Niego zupełnie należeć z wszystkimi uczuciami i skłonnościami serca, aby w ten sposób nieskalanym dziewictwem poślubić sobie w oblubieńczych godach niezmazanego Baranka. Wiedziała Barbara św., z ilu to złączone było ofiarami, jednakże, niosąc w sobie naczynie pełne wiary, z ufnością wołała: Wszystko mogę w Tym, który mię umacnia (5).

Odkąd też raz heroiczne postanowienie to uczyniła, serce jej nie dało przystępu ni hołdom uwielbienia składanym na ołtarzu jej wdzięków, ni innym pochwałom pochlebców, lecz zamknęło się – lepiej powiem, umarło dla wszelkich ponęt i rozkoszy tej ziemi, by pełnością życia żyć jedynie w Chrystusie i dla Chrystusa. Wiarą oświecona rozumiała dobrze, że oblubienicy Chrystusa jedna tylko szata przystoi, w której może chodzić w oczach Oblubieńca – tj. szata cnót. Stąd wszystkie siły ku temu kierowała, by osiągnąć w najwyższym stopniu niebiańską tą krasę. Wiedziała dobrze, że każda cnota wymaga licznych zwycięstw nad miłością własną i tylko pod krzyżem zaparcia się rozkwitnąć może, dlatego też, by wypielęgnować w swym sercu wonne cnót kwiaty, nie szczędziła ni ofiar ni trudu, a miłość ku Oblubieńcowi czyniła te ofiary łatwymi i słodkimi. Obfita rosa łask, sprowadzana z nieba pokorną modlitwą, dawała tym szlachetnym roślinkom szybki wzrost i zachwycającą świeżość, a ulubiona samotność strzegła je przed zaraźliwym tchem świata.

Wreszcie bohaterstwo jej cnoty szczytu swego dosięgło w ostatniej jej walce przedśmiertnej, która rozpoczęła się wyznaniem Trójcy Przenajświętszej. Gdy bowiem ojciec zapytał się jej, czemu do dwu okien w komnacie trzecie jeszcze dodała, ona, nieustraszona gniewem pogańskiego rodzica, odpowiedziała bez obawy, że na cześć to uczyniła Trzech osób Bożych: Boga jednego, który jedynym jest światłem, oświecającym każdego człowieka na ten świat przychodzącego, a wszelkie inne światło to tylko dzieło rąk Jego i słabe podobieństwo. Ojciec nieprzygotowany na tak śmiałą odpowiedź, dobytym mieczem chciał od razu skarcić wyznawstwo w Chrystusa. Lecz Bóg Barbarę ku piękniejszemu jeszcze zachował zwycięstwu. Cudem otwiera jej bliską ścianę w skale, aby uszła bezpieczną drogą na przeciwną stronę góry. Niestety! nowy ten cud bynajmniej nie zmienia uczuć zaślepionego ojca. W pogańskiej zatwardziałości porywa córkę i wlokąc za włosy, sam ją oddaje sędziemu. O! ileż już tutaj zwycięstwa nad uczuciem dziecka odniosła Barbara św., gdy wbrew przewrotnej woli rodzicielskiej szła za najsłodszą wolą Boga! Jednakże postąpmy dalej w rozpamiętywaniu czynów bohaterskiej dziewicy.

Sędzia namową i kłamstwem, obietnicą i pochlebstwem usiłuje podejść jej niezachwianą wiarę. Tymczasem ona już dawno poznała próżność świata, jego darów i ponęt, już dawno nauczyła się lękać nie tych, którzy ciało zabić mogą, ale Tego jedynie, który i ciało i duszę strącić może do piekła (6); toteż jedyną jej odpowiedzią na pogańskie zabiegi było, że umrzeć gotowa dla żyjącego Boga, a gardzi bałwochwalczymi bożyszczami. "Nasz Bóg – powiada – stworzył niebo i ziemię, a bałwany wasze to dzieło rąk ludzkich; usta mają a nie mówią, oczy mają a nie widzą, uszy mają a nie słyszą; wy zaś, którzy im wierzycie, im też podobni jesteście".

Piekło ostrzejszych środków chwycić się musiało, by walczyć z męstwem wiary. W odpowiedzi więc na wyznanie Chrystusa, kat smaga Świętą okrutnymi biczami tak, że ciało jej jedną wielką staje się raną. Gorzki to kielich – lecz znowu Chrystus Pan swej męczenniczce go słodzi i, ukazując się jej w blasku majestatu, w te do niej odzywa się słowa: "Barbaro, bądź pełna ufności, walka twa radością jest niebu; nie bój się tortur oprawców, ja z tobą walczyć będę do końca". I o dziwo! obecność Boga leczy rany, które złość ludzka zadała, i Święta staje przed sędzią w piękniejszej jeszcze krasie urody.

Widok tych cudów czyjegoż by nie zmiękczył serca? Wszelako dla wrogów Barbary był on tylko nowym bodźcem do dalszego i coraz okrutniejszego znęcania się nad nią. Rozjuszony sędzia przeciąć jej każe piersi, hakami żelaznymi drzeć ciało, a rany przypiekać smolną pochodnią, by jękiem cierpienia powetować sobie porażkę, jaką przed chwilą odniósł. Wreszcie i na tym nie koniec. Jeszcze ofiara żyje, jeszcze zwycięża, dzięki składając Bogu, że jej cierpieć pozwala; nowe więc trzeba wyprowadzić tarany. I oto złość ludzka z przewrotnością piekła się łączą i wymyślają środek, któremu zdaje się ulec będzie musiało serce wstydliwej dziewicy.

Lecz cóż to się dzieje? Ach, słuchajcie! – ona się modli. Wrogi zadrżyjcie, bo taka modlitwa nie będzie bez skutku! "O Boże mój, który w obłoki niebo przybierasz – woła Święta – racz i mnie przyoblec szatą przemożnej opieki, bym igraszką nie była, sprośnych ócz nieprzyjaciół Twoich". I w istocie, co miało być dla niej hańbą, w nowy tryumf się zmienia. Chrystus Pan ręką Cheruba przyodziewa wstydliwą dziewicę w szatę, "strojąc ją, jak mówi św. Jan Damascen, niby oblubienicę, która wychodząc z pod ojczystej strzechy, staje w komnatach Boskiego Oblubieńca". W rzeczy samej koniec cierpienia się zbliżał. Miecz miał niebawem otworzyć niebo niezwyciężonej panience. Już spieszy, jako łania do wód, by we krwi własnej się zanurzyć. Lecz nim umrze Bogu w ofierze, jedną jeszcze prośbę do nieba zanosi. "O Chryste – modli się – korono Męczenników, skłoń się do mej prośby i udziel służebnicy Twej łaski, abyś w dniu sądu nie pamiętał grzechów tym, którzy czcić mnie będą. Bądź im, Panie, łaskaw i miłościwy. O to też Cię proszę, by wszyscy, którzy hołd i uwielbienie mym szczątkom oddadzą, znaleźli w Twej miłości zbawienie. Niech przez nie zawsze będzie pochwalone Imię Twe święte wraz z Ojcem i Duchem Świętym. Amen". Wtem głos daje się słyszeć z nieba: "Pójdź, moja błogosławiona! zwyciężyłaś, wstąp teraz do wiecznego królestwa Ojca mego, a prośbom twym stanie się zadość".

O pożądane powitanie w przybytkach odwiecznego szczęścia! O słodka pociecho w ostatniej jeszcze ofierze męczeńskiego serca, które cios ostatni miało otrzymać z rąk własnego ojca! Najmilsi, taką była ofiarność Barbary św. w życiu i śmierci. Wiara ukazała jej źródło, z którego modlitwą zaczerpnąć mogła boskiej prawie siły i nadludzkiej otuchy.


A teraz zwróćmy uwagę na świat. Czy znajdziemy wśród niego choćby odblask wzniosłości zasad i bohaterstwa św. Barbary?

Wzniosłość? O, nie – nikczemność raczej spotkamy – nikczemność w planie życia, nikczemność w wykonaniu, nikczemność we walce z trudnościami. Nigdzie tu nie ujrzycie ofiary i poświęcenia. Świat ich nie zna i znać nie może, gdyż wyłącznie samolubstwo jest sprężyną jego dążeń i czynów. Jakież bo zadanie zakreśla on życiu? Jedni żyją dla zmysłowości, drudzy dla sławy, inni dla bogactw – słowem, w prochu ziemskim świat się czołga, bo nie masz w nim wiary, która by jedynie ponad marność znikomą serce podniosła. O, jakże nędzne i nikczemne życie, tak nisko pełzające!

Lecz bardziej jeszcze owa nikczemność uwydatnia się w wykonaniu tak zakreślonego celu żywota. Czyż bowiem dla świata nie jest dobrym każdy środek, byle do celu prowadził? Czyż nie wszystko prawe, piękne i sprawiedliwe, byle tylko przyniosło wymarzone uciechy? Światu obojętnym jest, jaką drogą dojdzie do szczęścia; choćby ona wysłaną była zbrodniami, zdradą, przeniewierstwem, choćby wiodła po zgliszczach zrujnowanego mienia i szczęścia bliźnich, on nią pójdzie. I inaczej być nie może. Albowiem tylko tam znajdzie się ofiarność, gdzie w sercach bije żywa wiara.

Niewiara ta inny jeszcze skutek za sobą pociąga. Gdy człowiek wierzący pośród ucisków siłę we wierze znajduje: niedowiarek, choć oświecony nauką, w nieszczęściach ubóstwa, pogardy, prześladowania skądż zaczerpnie męstwa? Czy może da mu je oświata? O nie! ona bez wiary do rozpaczy go przywiedzie, a często do zbrodni, która, mając kres położyć rozpaczy, wiecznych mąk przepaść otwiera! Oświata bezbożna, nie znając innych dóbr nad dobra ziemskie, trudno nawet, by lepszą radę człowiekowi zrozpaczonemu podała. Hart i moc duszy, żadną burzą nieszczęścia nieugięte, mogą tylko z wiary popłynąć.


Miłujmy więc, najmilsi, boską naszą wiarę, a brzydźmy się wszelkim cieniem niewiary, choćby nam świat bezbożność swą w najcudniejszych kolorach przedstawiał. Ale zarazem pamiętajmy, że silna i niezachwiana wiara jest darem, o który prosić możemy, lecz nań zarobić nie potrafimy. Błagajmy więc Boga o cenny ten skarb, błagajmy przez przyczynę dziś nam uroczystującej Świętej. O tak, złóżmy słabe i nieudolne nasze serca w dziewicze ręce św. Barbary. Niech ona je swemu Boskiemu Oblubieńcowi przedstawi, by w nich wypalił wszystko, co jest ciała, a natchnął miłością czystości – i wiarą, która by wszelkie zapory na drodze cnoty pokonać zdołała. Światłość wiary będzie nam wtedy warownią przeciw napadom szatana, puklerzem na zasadzki świata, pociechą i zdrojem ufności w utrapieniach. Gdy zaś ostatnia walka się zbliży, św. Barbara znowu przyjdzie do nas z onym Sakramentem wiary, której światłość nam drogę z ciemni tej ziemi do wiecznej jasności oświeci i przeprowadzi z niedoli pielgrzymstwa do rozkoszy niebieskich, z walk nieustannych do słodyczy pokoju i tryumfu na łonie Bożym – co daj Boże! Amen.

–––––––––––


Kazania ks. Antoniego Langera T. J., Kraków. NAKŁADEM WYDAWNICTW APOSTOLSTWA MODLITWY. 1903, ss. 174-184. (a)
(Pisownię i słownictwo nieznacznie uwspółcześniono).

Przypisy:
(1) Mówione w Krakowie, w kościele św. Barbary 1875 r.

(2) Jan III, 20.

(3) 1 Kor. II, 14.

(4) Jud. 18. 10.

(5) Filip. IV, 13.

(6) Mt. X, 28.

środa, 7 września 2016

O. Pio na dzisiejszy dzień

Nie osiąga się zbawienia bez przepłynięcia wzburzonego morza, ciągle grożącego zatonięciem.
Kalwaria jest górą świętych, lecz stamtąd przechodzimy na inną górę, która nazywa się Tabor.
Lecz kiedy ten dzień nadejdzie?
Kiedy zaśpiewamy hymn zwycięstwa nad naszymi wszystkimi wrogami?
Chwała niech będzie Panu, a Jego sprawiedliwość niech się spełni!
(Epist. III 365)

wtorek, 21 czerwca 2016

O. Pio na dzisiejszy dzień

Aby zachęcać się do właściwego znoszenia udręk, którymi Boże miłosierdzie obdarza nas, miejmy utkwiony nasz wzrok w ojczyznę Nieba, zachowaną dla nas; kontemplujmy ją nieustannie.
Ponadto odwracajmy nasz wzrok od dóbr ziemskich wiedząc, że ich oglądanie pociąga nas i rozprasza duszę, a także okłamuje nasze serca.
Ono sprawia, że nasze spojrzenie nie jest zwrócone ku naszej ojczyźnie w Niebie.
(LCR 27)
O. Pio wolał umrzeć, niż odprawiać NOM.

poniedziałek, 14 marca 2016

BURZENIE KOŚCIOŁA


Zobaczyłam ludzi z tajnej sekty podkopującej nieustannie wielki Kościół... (A. III.113) i zobaczyłam blisko nich obrzydliwą Bestię, która wyszła z morza. Miała ogon jak u ryby, pazury jak u lwa i liczne głowy, które otaczały jak korona jej największą głowę. Miała pysk szeroki i czerwony. Była w cętki jak tygrys i okazywała wielką zażyłość wobec burzących. Kładła się często pośród nich, gdy pracowali. Oni zaś często wchodzili do pieczary, w której czasami się chowała. W tym czasie widziałam tu i tam na całym świecie wielu ludzi dobrych i pobożnych przede wszystkim duchownych znieważanych, więzionych i uciskanych i miałam wrażenie, że któregoś dnia staną się męczennikami. (A. III.113) 
Kościół był już w dużej mierze zburzony, tak że pozostawało jeszcze tylko prezbiterium z ołtarzem. Ujrzałam burzących, jak weszli do niego razem z bestią. Wchodząc do Kościoła z bestią burzyciele napotkali tam potężną niewiastę pełną majestatu. Zdawało się, że spodziewała się dziecka, szła bowiem powoli. Nieprzyjaciół ogarnęło przerażenie na jej widok, a bestia nie mogła postąpić nawet o jeden krok. Wyciągnęła w powietrzu najbardziej wściekłą szyję w kierunku tej niewiasty, jak gdyby chciała ją pożreć. Lecz Ona się odwróciła i upadła na twarz. Zobaczyłam wtedy bestię uciekającą w kierunku morza, a nieprzyjaciele biegli w wielkim nieładzie. (A. III.113) 
Zobaczyłam Kościół św. Piotra i ogromną ilość ludzi pracującą by go zburzyć. Ujrzałam też innych naprawiających go. Linia podziału pomiędzy wykonującymi tę dwojaką pracę ciągnęła się przez cały świat. Dziwiła mnie równoczesność tego, co się dokonywało. Burzyciele odrywali wielkie kawały (budowli). Byli to w szczególności zwolennicy sekt w wielkiej liczbie, a z nimi – odstępcy. Ludzie ci, wykonując swą niszczycielską pracę, wydawali się postępować według pewnych wskazań i jakiejś zasady. Nosili białe fartuchy, obszyte niebieską wstążką i przyozdobione kieszeniami z kielniami przyczepionymi do pasa. Mieli szaty wszelkiego rodzaju. Byli pomiędzy nimi ludzie dostojni, wielcy i potężni w mundurach i z krzyżami, którzy jednak nie przykładali sami ręki do dzieła, lecz kielnią oznaczali na murach miejsca, które trzeba było zniszczyć. Z przerażeniem ujrzałam wśród nich także katolickich kapłanów. Zburzono już całą wewnętrzną część Kościoła. Stało tam jeszcze tylko prezbiterium z Najświętszym Sakramentem. (A. II. 202-203) 
Kościół św. Piotra był zniszczony, z wyjątkiem prezbiterium i głównego ołtarza. (A. III. 118) Widziałam znowu atakujących i burzących Kościół św. Piotra. Zobaczyłam, że na końcu Maryja rozciągnęła płaszcz nad Kościołem i nieprzyjaciele Boga zostali przepędzeni. (A. II.414) Znowu miałam wizję tajnej sekty podkopującej ze wszystkich stron Kościół św. Piotra. Pracowali oni przy pomocy różnego rodzaju narzędzi i biegali to tu, to tam, unosząc ze sobą kamienie, które z niego oderwali. Musieli jedynie pozostawić ołtarz. Nie mogli go wynieść. Zobaczyłam, jak sprofanowano i skradziono obraz Maryi. (A. III. 556) Poskarżyłam się Papieżowi. Pytałam go, jak może tolerować, że jest tylu kapłanów wśród burzących. Widziałam przy tej okazji, dlaczego Kościół został wzniesiony w Rzymie. To dlatego, że tam jest centrum świata i że wszystkie narody są z nim na różne sposoby związane. 
Zobaczyłam też, że Rzym stoi jak wyspa, jak skała pośrodku morza, gdy wszystko wokół niego obraca się w ruinę. Gdy patrzyłam na burzących, zachwycała mnie ich wielka zręczność. Posiadali wszelkie rodzaje maszyn, wszystko dokonywało się według pewnego planu. Nic nie waliło się samo. Nie robili hałasu. Na wszystko zwracali uwagę, uciekali się do wszelkich rodzajów podstępów i kamienie wydawały się często znikać w ich rękach. Niektórzy z nich ponownie budowali; niszczyli to, co było święte i wielkie, a to, co budowali było próżne, puste i powierzchowne. Np. wynosili kamienie z ołtarza i budowali z nich schody wejściowe. (A. III. 556) 

CIEMNOŚĆ W KOŚCIELE
Widziałam Kościół ziemski, to znaczy społeczność wierzących na ziemi, owczarnię Chrystusa w jej stanie przejściowym na ziemi, pogrążoną w całkowitych ciemnościach i opuszczoną. (A. II. 352) Wy, kapłani, wy się nie ruszacie! Śpicie, a owczarnia płonie ze wszystkich stron! Nic nie robicie! Och! Jakże płakać będziecie nad tym dniem! Gdybyście choć wypowiedzieli jedno ‘Ojcze nasz’. Widzę tak wielu zdrajców! Nie odczuwają cierpienia, kiedy się mówi: «Źle się dzieje.» W ich oczach wszystko idzie dobrze, byle tylko doznawali chwały tego świata. (A. III. 184) Widziałam też wielu dobrych i pobożnych biskupów, lecz wątłych i słabych. Źli często brali górę. (A. II. 414) Widzę ułomności i upadek kapłaństwa, widzę też przyczyny tego i widzę przygotowane kary. (A. II. 334) Słudzy Kościoła są tak gnuśni! Nie czynią już użytku z mocy, jaką posiadają dzięki kapłaństwu. (A. II. 245) 
Dla niezliczonej liczby osób dobrej woli, dojście do źródła łaski z serca Jezusa było zamknięte i utrudnione z powodu zniesienia pobożnych praktyk oraz z powodu zamknięcia i profanacji kościołów. (A. III.167) Cały ten głęboki zamęt, z powodu którego cierpieli wierni, wynikał stąd, że wielu z tych, którzy przyoblekli się w Jezusa Chrystusa, coraz bardziej zwracało się w stronę bezbożnego świata i wydawało się zapominać o cnotach i nadprzyrodzonej mocy Kapłaństwa. W tym wszystkim poznałam, że czytanie genealogii naszego Pana przed Najświętszym Sakramentem w święto Bożego Ciała zamyka w sobie wielką i głęboką tajemnicę. Poznałam bowiem, że nawet pomiędzy przodkami Jezusa Chrystusa – według ciała – liczni nie byli świętymi, a byli wśród nich nawet grzesznicy. Mimo to nie przestali być stopniami drabiny Jakubowej, po których Bóg przyszedł do ludzi. Tak więc nawet niegodni biskupi są nadal zdolni do sprawowania Najświętszej Ofiary i do udzielania sakramentu kapłaństwa wraz z wszelką mocą z nim związaną. (C. 175) 
Widziałam wielką liczbę kapłanów dotkniętych ekskomuniką, którzy wydawali się tym nie przejmować, a nawet o tym nie wiedzieli. A jednak byli ekskomunikowali od chwili, gdy wzięli udział w pewnych przedsięwzięciach, gdy weszli do pewnych stowarzyszeń i przejmowali opinie, na których ciążyła klątwa. Widziałam tych ludzi w takiej mgle, że byli jakby oddzieleni murem. Widać z tego jak bardzo Bóg liczy się z dekretami, postanowieniami i zakazami głowy Kościoła i podtrzymuje je, choć ludzie się nimi nie przejmują, przeciwstawiają się im lub wyśmiewają. (A. III. 148) Widziałam, jak smutne były konsekwencje przeciwstawiania się Kościołowi. Ujrzałam, jak ono rosło, a w końcu heretycy wszelkiego rodzaju przybyli do miasta (Rzym). (A. III. 102) 
Poznałam, że poganie adorowali niegdyś pokornie bóstwa odmienne od nich samych... Ich kult był lepszy niż kult tych, którzy sami siebie adorują w postaci tysiąca idoli, a pomiędzy nimi nie zostawiają żadnego miejsca Panu. (A. III. 102, 104) 
Ujrzałam, jak stawało się oziębłe duchowieństwo i zapadała wielka ciemność. Widok rozszerzył się i wtedy zobaczyłam wszędzie wspólnoty katolickie prześladowane, dręczone, uciskane i pozbawione wolności. Widziałam wiele zamkniętych kościołów. Ujrzałam wojny i rozlew krwi. Wszędzie widać było lud dziki, nieuczony, walczący przemocą. To nie trwało długo. Kościół św. Piotra był podkopywany, zgodnie z planem ułożonym przez tajną sektę. W tym samym czasie uszkadzały go burze. (A. III. 103) Widziałam, jak pomoc przyszła w chwili największego niebezpieczeństwa. (A. III. 104) 
Czy to się nie sprawdza? Z objawienia Anny Katarzyny Emmerich.

piątek, 1 stycznia 2016

O. Pio na Nowy Rok



1 styczeń

Niech Jezus zawsze będzie w Twojej duszy, 
w Twoim sercu i przed Twoimi oczyma.
Niech On zawsze będzie Twoim początkiem, Twoim centrum i Twoim celem i wchłania całe Twoje życie. Niech Matka Jezusa i nasza otrzyma dla nas od swego Syna łaskę życia zupełnie zgodnego z sercem Boga, życia doskonale wewnętrznego i całkowicie ukrytego w Nim. Niech ta Droga Matka jednoczy nas ściśle z Jezusem, abyśmy nigdy nie pozwolili porwać się i ulec czemukolwiek z tego marnego świata. Niech Ona trzyma nas zawsze blisko tej Nieskończonej Słodyczy, Jezusa. Wtedy sami będziemy mogli powiedzieć za św. Pawłem, że jesteśmy synami Boga pośród zdeprawowanego 
i zepsutego narodu.

(Epist. II 269)

sobota, 19 września 2015

List z piekła!



LIST Z PIEKŁA
"Nie módl się za mnie – jestem potępiona!"
––––––––
Wśród zapisków pozostawionych przez młodą osobę o imieniu Klara, która zmarła w pewnym klasztorze jako zakonnica, znaleziono następujące zeznanie:
Miałam przyjaciółkę: pracowałyśmy razem w firmie handlowej w Monachium. Nasze relacje były raczej koleżeńskie; nie była to przyjaźń w ścisłym tego słowa znaczeniu. Gdy Anna wyszła za mąż, nie widziałam się z nią już nigdy więcej. Niezbyt odczułam jej brak, gdy po ślubie przeniosła się do dzielnicy mieszkaniowej, dość odległej od mojego miejsca zamieszkania.
Na jesieni 1937 roku, gdy spędzałam wakacje nad jeziorem Garda, otrzymałam od mojej mamy, pod koniec drugiego tygodnia września, następującą wiadomość: "Wyobraź sobie! Ania N. nie żyje. Zginęła w wypadku samochodowym. Pochowano ją wczoraj na cmentarzu w Waldfriedhof". Ta wiadomość mną wstrząsnęła. Wiedziałam, że Anna nie była zbyt religijna. Czy była przygotowana, gdy Bóg ją nagle wezwał?
Następnego dnia rano wysłuchałam Mszy świętej za jej duszę odprawioną w kaplicy pensjonatu sióstr, gdzie przebywałam, modląc się za spoczynek jej duszy. Ofiarowałam też za nią Komunię świętą, lecz cały dzień czułam jakiś wewnętrzny niepokój, który wzrastał w miarę jak zbliżał się wieczór.
W nocy zapadłam w niespokojny sen, z którego przebudziłam się jakby na skutek głośnego stukania. Zapaliłam światło. Zegarek na stoliku wskazywał 10 minut po północy, lecz nie dostrzegłam nic szczególnego. Jedynie fale jeziora Garda uderzały miarowo w nabrzeżny mur otaczający ogród pensjonatu. Noc była bezwietrzna. Nagle, oprócz stukania, doszedł do mych uszu dźwięk podobny do tego, jaki czynił mój pracodawca, gdy był w złym humorze, ciskając ze złością nieprzyjemny list na swoje biurko.
Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie wstać, ale ostatecznie powiedziałam sobie: "nonsens", to tylko skutek poruszonej tragiczną śmiercią wyobraźni. Odwróciłam się, zmówiłam kilka "Ojcze nasz", za biedne dusze w czyśćcu cierpiące i ponownie zasnęłam.
Wtedy to przeżyłam następujący sen: Wstałam około godziny szóstej rano. Gdy otwierano drzwi do domowej kaplicy, nastąpiłam nogą na plik luźnych kartek. Podniosłam je i poznawszy charakter pisma Anny krzyknęłam ze zdziwienia. Cała drżąca trzymałam kartki w rękach. Przyznaję, że byłam tak wstrząśnięta, iż nie mogłam nawet odmówić "Ojcze nasz". Miałam wrażenie, że się duszę i uczułam potrzebę natychmiastowego odetchnięcia świeżym powietrzem.
Szybko poprawiłam włosy, włożyłam kartki do kieszeni i opuściłam dom. Poszłam ścieżką wiodącą wzdłuż dobrze znanej mi drogi Gardesana, wijącej się pomiędzy drzewami oliwnymi, ogrodami i krzakami wawrzynu.
Właśnie wstawał jasny, piękny poranek. Innym razem zatrzymałabym się niewątpliwie, by rozkoszować się cudownym widokiem na jezioro i wyspę Garda; na tę prawdziwą krainę cudów. Przysłowiowy błękit wód zawsze zachwycał mnie niewymownie. I tak jak małe dziecko spogląda na swego dziadka, tak i ja zwykle spoglądam z pewną czcią i lękiem na szary szczyt Monte Baldo, który wznosił się na przeciwległym brzegu do wysokości 2200 metrów nad poziom jeziora.
W tym momencie nie miałam żadnego odczucia dla tych cudów natury. Uszedłszy ścieżką około 15 minut, machinalnie usiadłam na ławce pomiędzy dwoma cyprysami, gdzie wcześniej czytałam z wielką przyjemnością "Pannę Teresę" Federera. Po raz pierwszy dostrzegłam w cyprysach symbol śmierci, jakkolwiek na południu rosną one w takiej obfitości, że nigdy dotąd nie przyszło mi to na myśl.
Wyciągnęłam list z kieszeni. Brakowało podpisu, ale nie miałam żadnej wątpliwości, że charakter pisma należy do Anny. Nawet ozdobny zakrętas przy literze "s" i francuski wygląd litery "t" były te same, które tak irytowały w biurze pana Gr. Styl jednak nie był jej, a w każdym razie nie wyrażała się tu w swój zwykły sposób. Wyrażała się bowiem zawsze z pełną elegancją, podczas gdy jej niebieskie oczy tryskały wesołością. Jedynie kiedyśmy dyskutowały na tematy religijne, ton jej stawał się cierpki przyjmujący tę samą ostrość z jaką pisany był ten list. Podaję tutaj słowo w słowo całą treść listu, tak jak go czytałam we śnie:
"Klaro!
Nie módl się za mnie. Jestem potępiona! Jeśli piszę do ciebie i to tak szczegółowo, to wiedz, że nie wypływa to z jakiegokolwiek uczucia przyjaźni. Tu w piekle nikogo już nie kochamy. Czynię to z przymusu, jako cząstka tej mocy, która «choć zawsze pragnie zła, zawsze sprawia dobro» (Goethe, Faust). Prawdę mówiąc, chciałabym widzieć cię także umieszczoną w tym miejscu, gdzie na wieczność zarzuciłam kotwicę. Niech cię to nie dziwi. Tutaj wszyscy czujemy to samo. Nasza wola jest utwierdzona, skamieniała w stanie, który wy zwiecie złem. Nawet jeśli czynimy cośkolwiek dobrego, jak to czynię w tej chwili, otwierając twe oczy na rzeczywistość piekła, nie czynię tego w dobrej intencji.
Jak pamiętasz poznałyśmy się w Monachium cztery lata temu. Miałaś wtedy 23 lata; rozpoczęłaś pracę w biurze na pół roku przede mną i często służyłaś mi pomocą w trudnościach, dając mi wskazówki, gdy byłam początkującą pracownicą. Lecz cóż znaczy dobro?! W owym czasie chwaliłam twoją «dobroduszność». Śmiechu warte! Twoja pełna gotowość pomocy była dla mnie próżną ostentacją, tak już wtedy podejrzewałam. Tutaj nie uznajemy żadnego dobra w nikim.
Miałaś okazję poznać historię mojej młodości. Tu tylko w krótkim zarysie podam ci szczegóły, których nie znasz. Według planu moich rodziców, nie powinnam była się urodzić. Byłam poczęta nie z miłości serca, lecz z pociągu ciała. Moje dwie siostry miały już po 14 i 15 lat, kiedy po raz pierwszy ujrzałam światło dzienne. Obym się była nigdy nie narodziła! Obym mogła się teraz unicestwić i ujść tym torturom! Nic nie da się porównać z gwałtownym pragnieniem, jakie posiadam, rozerwania na strzępy mojego istnienia. Ach, porwać je jak spalony gałgan, zetrzeć na proch, na popiół, aż do nicości. Ale muszę istnieć, muszę być taka, jaką sama siebie uczyniłam, z całym złem, jakie tkwiło we mnie u schyłku mojego życia; z chybionym celem mego bytu.
Kiedy mój ojciec i matka, jeszcze wolni, opuścili wieś i przenieśli się do miasta, oboje stracili styczność z Kościołem. I lepiej, że tak się stało. Dołączyli do kręgu osób, które porzuciły Wiarę. Spotykali się na tańcach i skończyło się na tym, że po sześciu miesiącach «musieli» się pobrać.
Po ich ślubie tyle tylko zostało z ich religijności, że matka moja kilka razy do roku bywała na niedzielnej Mszy świętej. Nigdy nie nauczyła mnie porządnie się modlić, lecz całą swą uwagę poświęciła sprawom doczesnym, jakkolwiek nasze warunki materialne były zupełnie znośne.
Takie słowa jak «modlitwa, Msza święta, woda święcona, Kościół» piszę z niewypowiedzianym wstrętem. Brzydzę się nimi, tak jak brzydzę się wszystkimi chodzącymi do kościoła i w ogóle wszystkimi ludźmi i wszystkimi rzeczami z nim związanymi. Wszystko to bowiem powraca, aby powiększać naszą torturę. Każde poznanie otrzymane w chwili śmierci, wszelka pamięć o tym cośmy doświadczyli i poznali w życiu jest dla nas przeszywającym płomieniem. I wszystkie te wspomnienia ukazują nam smutną stronę tych łask, które odrzuciliśmy. Jak nas to dręczy! My w piekle nie jemy, nie śpimy, nie chodzimy. Skuci łańcuchami wpatrujemy się w nasze zmarnowane życie, z «płaczem i zgrzytaniem zębów» wyjemy, pełni nienawiści, w straszliwych udrękach. Słuchaj! Pijemy tu nienawiść jak wodę. Nienawidzimy siebie nawzajem.
Ale Boga nienawidzimy ponad wszystko. Chcę, abyś to zrozumiała. Błogosławieni w Niebie kochają Go, ponieważ wpatrują się w niczym nie osłonięty blask Jego piękności, która daje im odczucie niewymownego szczęścia. My to wiemy i ta wiedza napełnia nas wściekłością. Ludzie na ziemi, znają Boga z Jego dzieł i Objawienia, mogą Go kochać, ale nie są do tego zmuszeni. Człowiek wierzący, – piszę to ze zgrzytem zębów – który całym sercem kontempluje Chrystusa rozpiętego na krzyżu, pokocha Go. Ale dusza, do której Bóg zbliża się jako Sędzia karzący, jako Mściciel, jako Sprawiedliwy, ponieważ kiedyś został przez nią odrzucony, nienawidzi Go z całą furią złej woli. Nienawidzi Go wiecznie, ze względu na fakt, że mocą swej wolnej decyzji, w której utwierdziła się w chwili śmierci, zakończyła swoje ziemskie życie odrzucając Boga. I tej przewrotnej woli nie chcemy ani teraz cofnąć ani nigdy nie będziemy chcieli. Czy pojmujesz teraz – dlaczego piekło trwa wiecznie? Ponieważ nasza zatwardziałość nigdy nie topnieje, nigdy nie ustaje.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Jezus na Górze oliwnej w Ogrójcu



Z 11 Apostołami opuścił Jezus wieczernik i poprowadził ich boczną drogą przez dolinę Jozafata ku Górze oliwnej. Księżyc wychylał właśnie swą jasną tarczę z poza gór; a było to przed pełnią. Duszę Jezusa już zaczynał ogarniać smutek, zwiększający coraz bardziej się. Idąc przez dolinę Jozafata, rzekł Jezus do Apostołów: „Tutaj przyjdę kiedyś znowu, w owym ostatnim dniu, nie tak ubogi i opuszczony jak teraz, sądzić cały świat; wtenczas to wielu wołać będzie w trwodze: góry przykryjcie nas!" Uczniowie nie rozumieli słów tych Jezusa, mniemali jak już nieraz tego wieczora — że Jezus z osłabienia i znużenia mówi od rzeczy. Szli tak, przystając często i wciąż rozmawiając z Jezusem. Raz rzekł im Pan: „Wszyscy zgorszycie się ze Mnie tej nocy, gdyż napisano jest: Uderzę pasterza a rozproszą się owce. Lecz gdy zmartwychwstanę, uprzedzę was do Galilei." Skutkiem przyjęcia Najśw. Sakramentu, tudzież serdecznej, a uroczystej przemowy Jezusa w wieczerniku, byli Apostołowie pełni natchnienia, zapału i czułości. To też cisnęli się teraz koło Jezusa, na różny sposób okazując Mu swą miłość i obiecywali nigdy Go nie opuścić. Gdy mimo to Jezus przepowiadał im, że tak się stanie, Piotr, jak zwykle najgorliwszy, zawołał: „Choćby nawet wszyscy się. zgorszyli, to ja się nie zgorszę." Na co odrzekł mu Jezus: „Zaprawdę, powiadam ci, właśnie ty zaprzesz się Mnie trzykroć tej nocy, nim kur zapieje." Piotr nie chciał nawet przypuścić coś podobnego, więc rzekł jeszcze: „Choćbym na wet miał na śmierć pójść z Tobą, to jeszcze nie zaprę się Ciebie." Podobnie zapewniali i inni. Tak szli dalej, przystając często, a Jezus czuł coraz więcej opadającą Go tęsknotę. Apostołowie starali się wszelkimi siłami wytłumaczyć Mu ten smutek na sposób ludzki i zapewnić Go, że nie ma się czego lękać i trwożyć. Jednak, choć z uporem trwali przy swoim, daremne były ich perswazje, więc zniechęciwszy się, zaczęli wątpić i już pokusa zaczynała się wciskać do ich serc.
Obchodząc boczną drogą, przeszli przez potok Cedron po innym moście, nie po tym, którędy później wiedziono pojmanego Jezusa. Szli do Getsemane, oddalonego równe pół godziny drogi od wieczernika; gdyż od wieczernika do bramy wiodącej do doliny Jozafata, idzie się kwadrans, a stąd do Getsemane także tyle. W ostatnich dniach kilkakroć nocował |tu Jezus z uczniami i nauczał. Miejscowość cała składa się z kilku otwartych gospód, stojących próżno, i z wielkiego oparkanionego ogrodu letniego, zasadzonego szlachetnymi krzewami i mnóstwem drzew owocowych. Tu było zwyczajne miejsce zabaw, a także modlitwy. Po ogrodzie stoją rozrzucone cieniste altany. Ogród był zwykle zamknięty, lecz wielu mieszkańców, a także Apostołowie mieli klucze do bramy. Mieszkańcy, nie mający własnych ogrodów, urządzali tu nieraz uczty i zabawy. Ogród oliwny oddzielony jest drogą od ogrodu Getsemane i pnie się więcej ku szczytowi góry. Jest to ustronny zakątek górski, zasadzony drzewami oliwnymi, pełen grot i tarasów; mniejszy od ogrodu getsemańskiego, nie jest zamknięty, tylko otoczony wałem z ziemi. Z jednej strony jest więcej pielęgnowany; i tu są utrzymane w porządku siedzenia, ławki do wypoczynku, i obszerne, chłodne groty. Każdy może tu sobie obrać miejsce ustronne do modlitwy i rozmyślania. Tam, gdzie Jezus poszedł się modlić, jest już okolica dziksza.
Była mniej więcej godzina dziewiąta, gdy Jezus przybył z uczniami do Getsemane. Niebo zalane było światłem księżycowym, ale tu w dole panował posępny mrok. Jezus też smutniał coraz bardziej, a i Apostołów zdjął niepokój, gdy im oznajmił, że zbliża się już chwila niebezpieczeństwa. Zatrzymawszy się w ogrodzie Getsemańskim, koło altanki z gałęzi, kazał tu zostać ośmiu Apostołom, mówiąc: „Pozostańcie tu, a Ja pójdę na Moje miejsce, się modlić." Wziąwszy zaś z Sobą Piotra, Jana i Jakuba Starszego, przeszedł przez drogę, oddzielającą jeden ogród od drugiego, i szedł kilka minut nieco pod górę w głąb Ogrodu oliwnego. Nieopisany smutek napełniał serce Jego; czuł zbliżającą się trwogę i pokusy. Zauważywszy to Jan, zapytał Go, jak może tak trwożyć się, On, który dotychczas zawsze wszystkich pocieszał. A Jezus rzekł mu: „Smutna jest dusza Moja aż do śmierci." Rozglądnąwszy się w koło, ujrzał Jezus zbliżające się ze wszech stron strachy i pokusy, jakby kłęby chmur, pełne strasznych mar; wtedy to rzekł do trzech towarzyszów: Zostańcie tu, czuwajcie ze Mną i módlcie się, abyście nie weszli w pokuszenie!" Apostołowie pozostali, a Jezus poszedł nieco naprzód; lecz straszliwe mary tak dalece nacierały na Niego, że w głębokiej trwodze zboczył na lewo od miejsca, gdzie zostawił Apostołów. Była tu pod wystającym załomem skalnym grota około, sześć stóp w głąb; Apostołowie; pozostali od niej na prawo w naturalnym zagłębieniu gruntu. Ziemia zniżała się łagodnie ku grocie, wejście zaś do groty osłonięte było gęsto krzewami, zwieszającymi się z wystającej z góry skały, więc wnętrze groty zasłonięte było zupełnie przed oczami innych.