wtorek, 9 października 2012

Kazanie św. Jana Vianneya "O świecie".


 


Przedstawiam kazanie św. Jana Vianneya "O świecie". 


„Nikt nie może dwom panom służyć" (Mt 6,24).


"Pan Jezus mówi, że nie możemy dwom panom służyć, tj. Bogu i światu. W żaden sposób nie potraficie zadowolić obydwu naraz, a to dlatego, że zupełnie odmienne i przeciwne są ich myśli, pragnienia i uczynki. Jeden zabrania tego, na co drugi pozwala. Jeden każe pracować dla życia doczesnego, drugi dla życia wiecznego, czyli nieba. Jeden przyrzeka rozkosze, zaszczyty i bogactwa, drugi przynosi łzy, pokutę i zaparcie siebie samego. Jeden zaprasza was, przynajmniej pozornie, na drogę wysłaną kwiatami, a drugi wskazuje wam drogę ciernistą. Każdy z nich domaga się naszego serca, a od nas zależy, za którym z nich pójdziemy. Świat obiecuje spełnić wszystkie nasze życzenia, obiecuje szczęście, a ukrywa nędzę, która nas czeka przez całe wieki, jeżeli pozwolimy się usidlić. Jezus Chrystus nie czyni podobnych obietnic, ale, powiada, że wśród cierpień pocieszy nas i dopomoże: „Pójdźcie do mnie wszyscy, którzy pracujecie i jesteście obciążeni, a ja was ochłodzę. Weźcie jarzmo moje na się, a uczcie się ode mnie, żem jest cichy i pokornego serca, a znajdziecie odpoczynek duszom waszym" (Mt 11, 28-29). Za którym z tych dwóch panów pójdziemy? To, co ofiaruje świat, trwa tylko do czasu: dobra, rozkosze i honory skończą się wraz z życiem, a potem rozpoczną się męczarnie wieczne. Jezus Chrystus, sam niosąc krzyż, wzywa nas, byśmy szli za Nim. Gdy usłuchamy Jego głosu, rychło się przekonamy, że służba Jego nie jest tak ciężką i przykrą, jak się nam początkowo zdawało. Przemówię dziś do was na temat, że niepodobna światu i Bogu się podobać, że trzeba albo oddać się Bogu bez wyjątku, albo światu.

Wiedział Jezus Chrystus, że wielu porzuci świat, umiłuje krzyż, łzy i pokutę, aby sobie zebrać skarby na żywot wieczny. Wiedział również, że wielu ludzi opuści Boga, idąc za światem i jego fałszywymi obietnicami.

A przecież mimo to dał człowiekowi jedno tylko serce, tak iż można je ofiarować tylko jednemu z tych panów. Wyraźnie powiada, że nie można należeć do Boga i do świata, bo kiedy jednemu będziemy się podobać, obrazimy drugiego. Wiedział dobry Bóg, jak trudno zbawić się goniąc za światem i jego rozkoszami. Dlatego przeklął świat słowy: „Biada światu" (Mt 18, 7). Przypatrzmy się bliżej tej prawdzie.


Duch Jezusa Chrystusa, to duch pokory i pogardy siebie samego, to duch pełen dobroci i miłości dla wszystkich. Czy potraficie utrzymać się w pokorze, jeżeli będziecie się zadawali z człowiekiem pysznym, który będzie wam prawił o rozkoszach i zaszczytach, który będzie się chełpił swymi domniemanymi zaletami i dobrymi uczynkami. Przestając z nim jakiś czas, sami staniecie się nie spostrzeżenie pysznymi, jak i on. Jeżeli będziecie słuchali obmów, wnet sami, nie wiedząc o tym, nauczycie się oczerniać i szarpać dobre imię bliźniego. Jezus Chrystus, jak Mistrz, pragnie, by serce i ciało nasze były czystymi. Jeżeli przestawać będziecie z rozpustnym, którego umysł zajęty jest ciągle bezecnymi i szkaradnymi przedmiotami, czy się utrzymacie w tej anielskiej cnocie? Nigdy! Boski Nauczyciel każe szanować wiarę świętą. Jeżeli jednak zadajecie się z towarzystwem bez­bożnych, którzy szydzą z rzeczy najświętszych, czy nie stracicie powoli wiary i czy nie przestaniecie spełniać pobożnych uczynków? Zadajcie się z człowiekiem, który podkopuje powagę duchowieństwa, oczernia kapłanów i stara się was przekonać, że wszyscy są złymi. Czy wobec tego nie stracicie zaufania do swych pasterzy duchowych?

Bracia moi, biada temu, kto idzie za światem, bo zginie! Powiedźcie, czy uszanujecie przykazania kościelne, jeżeli będziecie się zadawać z bezbożnikami, którzy szydzą z postu, mówiąc, że to wynalazek ludzki? Duch Boży każe gardzić rzeczami stworzonymi i mieć w szacunku dobra wieczne. Jeżeli obcować będziecie z człowiekiem, który, czy to naprawdę, czy udając, będzie głosił, że z życiem wszystko się skończy, w jaki sposób nauczycie się gardzić przemijającymi rzeczami? Kto chce się zbawić, musi koniecznie unikać przewrotnego świata, inaczej przejmie się jego zasadami i znajdzie się w liczbie tych, których przeklnie Bóg.

Jak według przepisów Kościoła nie wolno obcować z człowiekiem wyklętym i wydalonym ze społeczeństwa wiernych, tak podobnie trzeba się mieć na baczności przed światem i jego rozkoszami, bo są one prawdziwą zarazą i zgubą dusz. Dlaczego pustynie napełniły się ludźmi, którzy przedtem zamieszkiwali miasta i wsie? Bo wiele osób bało się świata i jego zasad, jak niebezpiecznej zarazy. I my, bracia, unikajmy złego świata, byśmy z nim nie zginęli. Jeżeli chcemy się zbawić, nie będziemy z nim w zgodzie, owszem wypowiemy mu wojnę na wzór świętych. Tu nie ma wyboru: albo trzeba wyrzec się nieba albo świata!
Przytoczę wam przykład, jak nas świat nienawidzi i jak my powinniśmy nim gardzić. Doniesiono rządcy cesarskiemu, Tymoteuszowi, że św. Janu­ary, biskup Benewentu, utwierdza chrześcijan w wierze i nawraca wielu pogan. Rządca, uniesiony szalonym gniewem, kazał pojmać natychmiast Świętego i sprowadzić go w kajdanach przed swój trybunał. January miał teraz pokłonić się bałwanowi, porzucić wiarę, w przeciwnym razie grożo­no mu najstraszniejszymi męczarniami. Święty odpowiedział spokojnie, że nie na to się narodził i został ochrzczonym, by służył światu, lecz aby wziął swój krzyż na ramiona i szedł za Jezusem, który umarł na Golgocie. I dodał jeszcze, że nie lęka się męczarni, bo one zawiodą go do szczęścia. „Ty jesteś z tego świata, który przeklął Jezus Chrystus" - rzekł do rządcy pogańskiego. Ta odpowiedź wprawiła w taki gniew Tymoteusza, że natych­miast kazał wrzucić świętego biskupa do rozpalonego pieca. Dobry Bóg nigdy nie opuszcza tych, którzy Jemu służą, wzgardziwszy światem. Dlatego św. Januaremu nic nie stało się w płomieniach; były one niejako dlań orzeźwiającą łaźnią. Dziwili się poganie, że ogień nie tknął ani ubrania, ani jednego włosa na głowie Świętego. Zdawało się rządcy, że to sprawa złego ducha i dlatego skazał Świętego na prawdziwie piekielne męczarnie. Kazał bowiem powyrywać wszystkie nerwy z jego ciała i wtrącić go do więzienia. Kiedy wierni chcieli odwiedzić swego biskupa, kazał ich pojmać i sprowadzić przed swój trybunał, pytając jaką wyznają wiarę i dlaczego przybyli tu z Benewentu. Wierni odpowiedzieli mężnie, że są chrześcijanami, że przybyli nawiedzić swego biskupa i razem z nim umrzeć. Pytał więc teraz bezbożny sędzia św. Januarego, czy prawdę mówią ci ludzie, a kiedy usłyszał potakującą odpowiedź, kazał ich rzucić na pożarcie dzikim zwierzętom. Kiedy stanęli na arenie, biskup zagrzewał ich do męstwa, obiecując za cierpienia nieskończoną zapłatę. Kiedy dzikie zwierzęta nie tknęły się tych wyznawców Chrystusowych, kazał ich pogański sędzia pościnać. Na modlitwę św. Januarego dotknął Bóg ślepotą poganina, ale wnet przywrócił mu wzrok święty biskup. Widząc ten cud, nawróciło się około pięciu tysięcy pogan. Tymoteusz trwał dalej w swym zaślepieniu i z bojaźni przed cesarzem skazał na śmierć świętego biskupa. Św. January umarł mężnie ze słowami: „Boże mój, w ręce Twoje oddaję ducha mego". Św. January ze swymi owieczkami wzgardził światem, poszedł za Jezusem Chrystusem i znalazł przez męczeńską śmierć koronę wiecznej chwały. Czemu służymy światu i miłujemy go, chociaż jest kłamcą, bo obiecuje wiele, a obietnic nie dotrzymuje, choć ludzi czyni nieszczęśliwymi? Wszyscy żalą się na jego wiarołomstwo, a przecież mimo to starają mu się podobać, składają mu w ofierze najpiękniejsze lata, bo swą młodość, dalej swe zdrowie, sławę i nawet niekiedy życie. O przeklęty świecie, dokąd będziesz nas łudził i czynił nieszczęśliwymi! O Boże, otwórz oczy naszej duszy, byśmy poznali, że miłujemy tego, który czyha na naszą wieczną zgubę.
Trojacy bywają ludzie na świecie. Jedni należą całkiem do świata, inni całkowicie do Boga, a wreszcie inni chcieliby Bogu i światu służyć, co nie jest rzeczą możliwą.
Największa część ludzi prawdopodobnie całkowicie należy do świata. Do nich zaliczam owych niedowiarków, którzy nie myślą o życiu pozagrobowym i o strasznym sądzie Bożym. Chlubią się z tego, że są bezbożnymi, że w nic nie wierzą. Bogactw i wpływu używają na to, by drugich pozbawić wiary. Czasami większych udają niedowiarków, niż są nimi w rzeczywistości, podobni do Woltera, który w czasie obiadu, wydanego na cześć swych bezbożnych przyjaciół, radował się wielce, że żaden z nich nie wierzy w prawdy religijne. A przecież ów Wolter sam wierzył, jak się okazało w godzinie śmierci. Żądał bowiem kapłana, by się z Bogiem pojednać; lecz było już za późno. Porzucił go Bóg, przeciwko któremu za życia walczył zaciekle i zostawił go w objęciach rozpaczy, jak okrutnego Antiocha, o którym czytamy w Piśmie Świętym. Udziałem Woltera w strasznej chwili śmierci była rozpacz i piekło. Mówi psalmista Pański: „Rzekł głupi w sercu swoim: nie masz Boga" (Ps 13, 1). A zatem zepsute serce wypiera się wiary, podczas gdy ona drzemie w głębi. Przyzna to największy grzesznik i niedowiarek, jeżeli chce być szczerym. Wy, dzięki Bogu, nie należycie do tej klasy ludzi, choć nie jesteście tak dobrymi chrześcijanami, jakimi być powinniście.
Którzy to, zapytacie, należą raz do Boga, to znowu do świata? - Niech mi wolno będzie porównać tych ludzi z psami, które idą za głosem tego, kto pierwszy woła. Przypatrzmy się tym ludziom, jakimi są przez cały rok od rana do wieczora. Niedziela dla nich jest dniem wypoczynku i rozrywki; dlatego dłużej leżą w łóżku, nie myślą o Bogu, nie podnoszą swego serca ku niebu. Jedni marzą o przyjemnościach, inni o ludziach, z którymi się zobaczą, albo o zakupach i pieniądzach, które mają płacić, czy otrzymać. Opieszale robią na sobie znak krzyża świętego; pod pozorem, że pójdą do kościoła, nie odmawiają rannych pacierzy. Po drodze do kościoła załatwiają różne interesy. Jeżeli spotkają przyjaciela, wracają się z nim do domu, odkładając słuchanie Mszy Świętej na inną niedzielę. Ponieważ w oczach świata chcą uchodzić za dobrych, idą czasami na nabożeństwo, choć nudzi się im w kościele. Mówią sami do siebie: A kiedy się to skończy! W czasie nauki zwracają głowę na wszystkie strony, pytają swego sąsiada o godzinę. Inni ziewają i przeciągają się, przewracają kartki w książce do modlitwy, jak gdyby szukali błędów drukarskich. Inni znowu zasypiają w najlepsze. Są i tacy, którzy nie mogą wytrzymać na kazaniu. Na nich słowo Boże, które nawróciło tylu grzeszników, nie robi wcale wrażenia. Wychodzą więc często z kościoła przed ukończeniem nabożeństwa, bo im jakoś nudno i ciężko. Kiedy Msza się kończy, wylatują pierwsi, choć jeszcze ksiądz nie zszedł od ołtarza. Poza kościołem dopiero odzyskują swobodę i wesele ducha, którego nie mieli w czasie nabożeństwa. Wróciwszy do domu, udają tak znużonych, że już za nic w świecie nie pójdą na nieszpory. Gdy ich ktoś zapyta, czemu nie idą po południu do kościoła, odpowiadają, że nie myślą siedzieć tam cały dzień, że mają inne rzeczy na głowie. Osobom tym nie chodzi wcale o katechizm, Różaniec i modlitwę wieczorną: oni sobie to bagatelizują. Gdy ich zapytacie, co mówił ksiądz na nauce, odpowiedzą, że dosyć krzyczał, że dosyć nudził... a nic nie pamiętają. Ludzie to ślepi i głusi, którzy lekceważą słowo Boże i nie chcą przyznać, że są nieszczęśliwi goniąc za światem.
Nie odmawiają modlitw przed i po jedzeniu i zaniedbują Anioł Pański. Co najwyżej czynią to z przyzwyczajenia i bardzo lekkomyślnie. Kobiety np. odmawiają swe pacierze wśród roboty, krzyczą na dzieci i domowników. Mężczyźni obracają czapkę i kapelusz w ręce, jak gdyby badali, czy nie ma w nim dziur. Inni bez skrupułu sprzedają i kupują w święta lub niedziele, choć się to nie godzi czynić bez koniecznej potrzeby. W dni świąteczne idą najmować służących, płacą podatki, mówiąc, że nie zważają na lada drobnostki. Nieszczęśliwi, poznaję z tego wszystkiego, że należycie do świata, że chcecie równocześnie służyć Bogu i podobać się światu! Jeszcze nie utraciliście zupełnie wiary, jeszcze się tli iskierka pobożności w głębi waszego serca, bo ganicie tych, którzy nie chodzą na nabożeństwa. Nie chcecie jednak zerwać ze światem i rzucić się całkowicie w objęcia dobrego Boga. Boicie się potępienia, spodziewacie się zbawienia wiecznego, a nie chcecie sobie nic odmówić i zadać najmniejszego gwałtu. Powiadacie, że Bóg dobry, że wam przebaczy, że nie stworzył was na potępienie; mówicie, że z czasem porzucicie złe nałogi, odmienicie swe życie i oddacie się Bogu. Jeżeli zastanowicie się czasem uważniej nad stanem swej duszy, wydajecie głębokie westchnienia, a nawet płaczecie. To wszystko jednak za mało.
Jak smutne życie tych, którzy chcieliby należeć do świata, nie wyrzekając się jeszcze Boga! Ile w ich życiu sprzeczności! - Zobaczycie, jak się modlą, czynią akt skruchy, a za chwilę już przysięgają, narzekają, że się im nie powodzi i wymawiają bez uszanowania imię Boże. Rano widzieliście ich na Mszy Świętej i kazaniu, a po krótkiej chwili knują ohydne zamiary. Te same dłonie, które zanurzały się w wodzie święconej i robiły znak krzyża świętego, dopuszczają się nieskromnych dotknięć na sobie lub drugich osobach. Oczy, które rano patrzyły na Jezusa Chrystusa w Hostii świętej, przenoszą się wśród dnia dobrowolnie i z przyjemnością na brudne przedmioty. Wczoraj pełnił człowiek uczynki miłosierdzia względem bliźniego, a dziś go oszukuje dla własnej korzyści. Przed chwilą owa matka życzyła swym dzieciom wszelkich łask niebieskich, a teraz im złorzeczy, przeklina dlatego jedynie, że jej w drobnej rzeczy nie usłuchały. Powiada, że ich nie chce widzieć na oczy, że pójdzie precz od nich i oddaje je diabłu. Jednego dnia posyła swe dzieci na Mszę Świętą i do spowiedzi, a drugiego każe im iść na tańce lub przynajmniej udaje, że nie wie, dokąd idą, albo zabrania iść, uśmiechając się, a znaczy to tyle co: idź! Raz upomina córkę, by była skromną, zabrania jej złego towarzystwa, innym zaś razem pozwala jej całe godziny spędzać w towarzystwie ludzi młodych i nic nie mówi. Biedna matko, ty należysz do świata, choć ci się zdaje, że spełniasz praktyki religijne, że jesteś w przyjaźni z Bogiem! Łudzisz się, bo jesteś z tych, o których mówi Jezus Chrystus: Biada światu! (Mt 18, 7). Oto znowu ludzie, którzy myślą, że są na dobrej stopie z Bogiem, a przecież bez skrupułów kradną sąsiadowi owoce, drzewo i inne rzeczy. Inni dają piękne rady drugim, pełnią dobre uczynki; sprawia im to przyjemność, że chwalą ich ludzie. Kiedy jednak spotka ich nagana, pogarda lub oszczerstwo, martwią się i zniechęcają. Wczoraj życzyli dobrze swoim nieprzyjaciołom, a dziś ich nie cierpią, nie chcą ich widzieć, ani mówić z nimi.
Biedny świecie, jak jesteś nieszczęśliwy! Twa droga wiedzie do piekła! Niektórzy z ludzi światowych pragnęliby przynajmniej raz do roku przystąpić do sakramentów świętych; szukają jednak łagodnego spowiednika i ostatecznie wszystko kończy się na pragnieniu. Gdy nie rozgrzeszy ich spowiednik, wymyślają nań, usprawiedliwiają siebie samych, a źle mówią o księdzu. Świecie, idź dalej tą drogą, lecz pamiętaj, że nadejdzie dzień, w którym zobaczysz to, czego nie chciałeś widzieć! Serca nie możemy dzielić na dwie połowy: ono całkiem należeć będzie albo do świata, albo do Boga. Przyjacielu, jeżeli pragniesz przystępować do sakramentów świę­tych, porzuć gry, tańce i szynki! Dziś przyszedłbyś do spowiedzi, przyjąłbyś Komunię Świętą i pożywałbyś Chleb anielski, a za trzy lub cztery ty­godnie, jeżeli nie wcześniej, zobaczono by cię siedzącego całą noc między pijakami, którzy wymiotują winem i oddają się najwyuzdańszej rozpuście. Świecie niegodziwy! Rychło zobaczysz się w piekle. Tam ci powiedzą, co powinieneś był czynić, by dostąpić nieba, które z własnej winy utraciłeś na zawsze!
Bracia moi, złóżmy ofiarę Jezusowi Chrystusowi, poświęćmy dla Niego wszystko, co nam drogie na ziemi. Jezus Chrystus da nam niebo, od świata zaś nie możemy niczego się spodziewać. Miłośnikom jego otworzą się oczy dopiero w godzinie śmierci i wtedy będą żałować, lecz na próżno. Już teraz moglibyśmy poznać, jak nędzny i podły jest świat, gdybyśmy chcieli uważniej się zastanowić. Starcy, pochyleni wiekiem ku ziemi, spędziliście młodość, goniąc za uciechami, tańcami, grami, szynkami i wszelkimi próżnościami; oddalaliście się coraz więcej od Boga. Przyszedłszy do wieku dojrzalszego, myśleliście jedynie o gromadzeniu bogactw. Nadszedł wiek zgrzybiały, a dla zbawienia duszy nic dotąd nie uczyniliście. Młodość spędziliście na głupich szałach, wiek męski na zbieraniu majątku, a dopiero na starość myślicie o poprawie. Wątpię, czy będzie lepiej, bo teraz jesteście narażeni na częste choroby, krzywdy od dzieci i to was odwodzi od służby Bożej.
Biada ludziom, których stylem życia są zwodnicze opinie i ziemskie sądy! Jeżeli ktoś nas raz oszukał, już mu nie wierzymy na przyszłość. Świat nas ciągle zwodzi, a przecież nie ustajemy go miłować. Głupcy, czemu nie pamiętamy przestrogi św. Jana apostoła: „Nie miłujcie świata, ani tego, co jest na świecie?" (1 J 2,15). Ludzie są tak zaślepieni, że nie chcą otworzyć oczu; przejrzą dopiero wtedy, kiedy będzie za późno. Gdybyśmy byli mądrymi, już dawno powiedzielibyśmy światu: do widzenia, już nigdy nie będziemy ci służyli. W piętnastym roku życia pożegnaliśmy na zawsze zabawki dziecięce; gonienie za muszkami, budowanie domków z kart albo z błota wydało nam się głupstwem. Doszedłszy do trzydziestego roku życia, zaczęliśmy żegnać się z szalonymi rozrywkami młodości. - Już teraz nudzi nas to, co wtedy tak czarowało. Bracia moi, codziennie rozstajemy się z światem; jesteśmy podobni do owego podróżnika, który podziwia piękność pewnej okolicy, lecz ją zaraz porzuca, spiesząc w dalszą drogę. Tak samo dzieje się z dobrami i przyjemnościami, do których tak lgniemy. Zbliżymy się do wieczności, w której przepaściach wszystko się pogrąża. Na jej progu zniknie wszystko przed naszymi oczyma, zniknie świat i jego szalone zabawy. Biada temu wówczas, kto żył jedynie dla świata i szukał jego rozkoszy!
Teraz wszystko z rąk mu się wyrywa, ulatują dobra i rozkosze, za którymi goniło serce i umysł ludzki. W tej ostatniej godzinie człowiekowi sprawi pociechę jedynie ta myśl, że służył wiernie Bogu przez całe życie.
Święci wcześnie gardzili światem i opuszczali go. Ile znakomitych osób udało się na pustynię? Patrzcie na św. Arseniusza! Widząc, że bardzo trudną rzeczą zbawić się na świecie, porzuca dwór cesarski, żyje wśród lasów, opłakuje swe grzechy i pokutuje.[1] Jeżeli według możliwości nie będziemy stronili od świata, nie zbawimy się. Czytamy w Piśmie Świętym (3 Krl 22), że Jozafat, król judzki, zawarł przymierze z Achabem, królem izraelskim. Jozafat był pobożnym, Achab zaś bezbożnym. Mimo to Jozafat wyruszył na wojnę wraz z Achabem przeciwko Syryjczykom. Przed rozprawą wojenną pragnął Jozafat zapytać proroka Pańskiego, jaki będzie wynik walki. Na to odzywa się Achab: Mamy tu wprawdzie proroka Pańskiego, lecz on przepowiada nam same tylko nieszczęścia. Dobrze, rzecze Jozafat, każ mu przyjść, byśmy zasięgnęli jego rady. - Kiedy nadszedł mąż Boży, zapytał go Jozafat, czy należy rozpocząć walkę z nieprzyjaciółmi, czy nie. Na to pytanie odrzekł spiesznie sam król Achab, że wszyscy prorocy zapewniali go o zwycięstwie. Słysząc to prorok Pański, odzywa się z ironią: Tak, książęta, uderzycie na nieprzyjaciół, zwyciężycie ich i powrócicie do domu z bogatymi łupami! - Widział król Jozafat, że nieszczerze mówił Prorok. Dlatego pytał, co Pan Bóg rzeczywiście postanowił? Wówczas Prorok odezwał się uroczyście: Żyje Pan, w obliczu którego stoję. Oto Jego wola: Rozpoczniecie walkę, w której poniesiecie klęskę. Król Achab polegnie, a jego wojsko pójdzie w rozsypkę i każdy powróci do domu swego bez wodza. - Achab odzywa się na to do króla Jozafata: Dobrze powiedziałem, że ten prorok głosi nam same nieszczęścia. - Kazał następnie bezbożny król uwięzić męża Bożego, by go ukarać po skończonej wojnie. Prorok nie obawiał się wcale, bo wiedział na pewno, że król straci życie i nie wróci z wojny. Ponieważ wśród najgorętszej walki groziło mu straszne niebezpieczeństwo, zmienił swe ubranie, by nie poznali go Asyryjczycy. Nieprzyjaciele wzięli też Jozafata przez pomyłkę za Achaba i już mieli go zabić. Wtedy wołał Jozafat do Pana: Boże izraelski, zmiłuj się nade mną. Rzeczywiście Bóg odwrócił od Jozafata ciosy nieprzyjaciół i ocalił go. Posłał jednak doń swego proroka, który ganił pobożnego króla, że zawarł sojusz z bezbożnym Achabem. Zasłużyłeś na śmierć, ale Pan widział twe dobre uczynki i dlatego wybawił cię z rąk nieprzyjaciół. Szczęśliwie wró­cisz do domu. Achab zaś poległ wśród walki, jak przepowiedział to prorok Boży. Z tego przykładu widzimy, że należy unikać przewrotnego świata, jeżeli nie chcemy zginąć wraz z nim. W towarzystwie ludzi światowych przejmujemy się ich zasadami, tracimy ducha Bożego, dążymy powoli ku przepaści i giniemy w niej niespostrzeżenie. Mówi św. Augustyn, że miał bardzo dobrego przyjaciela, którego pewnego dnia prosiło kilku rówieś­ników, by udał się z nimi do amfiteatru na przedstawienie gladiatorskie. Z początku opierał się cnotliwy młodzieniec, mówiąc, że nie ma zwyczaju uczęszczać na te krwawe widowiska, gdzie leje się krew ludzka. Towarzysze użyli pochlebstw, długo nalegali, aż wreszcie młody Alipiusz zgodził się na ich żądanie. Postanowił jednak zamknąć oczy w amfiteatrze i nie patrzyć na walczących gladiatorów. Wtem nagle odezwał się w cyrku głośny krzyk. Alipiusz otworzył oczy z ciekawości, chcąc widzieć, co się dzieje. To go zgubiło. Spoglądał bowiem dalej ciekawie na arenę i rozmiłował się w okrutnych widowiskach. Odtąd bardzo chętnie na nie chodził i namawiał drugich. Opowiedziawszy ten wypadek, dodaje św. Augustyn: „Boże mój, kto go wyrwie z tej przepaści? Nikt tego nie potrafi, jak tylko Twa cudowna prawica i łaska".
Kończę, bracia, mówiąc, że jeżeli nie będziemy stronili od świata i jego ponęt, zgubimy duszę i pójdziemy na potępienie. Prawda, że bardziej wygodną jest droga, która prowadzi raz do Boga, to znowu do świata, która raz każe spełniać praktyki religijne, to znowu gonić za uciechami: grami, tańcami, szynkami. Kto chce należeć wyłącznie do Boga, musi narazić się na szyderstwo świata. Błogosławiony, kto postępuje mężnie za Boskim Mistrzem dźwigającym krzyż, dojdzie bowiem niezawodnie do szczęścia niebieskiego. Tego wam życzę. Amen."



[1] Św. Arseniusz słyszał dwa razy przed udaniem i po udaniu się na pustynię tajemniczy głos: „Arseniuszu, uciekaj z towarzystwa ludzi, a zbawisz się. Arseniuszu, porzuć ludzi, zachowuj mil­czenie i pokój duszy: to pierwsze podstawy do wzniesienia gmachu doskonałości", Życie Ojców na pustyni, t. III, s. 239.


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz